Pol Wanda

Pol Wanda to solowe wcielenie Michała Krysztofiaka – wokalisty, gitarzysty i współzałożyciela formacji Oranżada, obecnej na polskiej scenie alternatywnej od ponad trzech dekad. Sam projekt powstał w 2012 roku, debiutując anglojęzycznym wydawnictwem „More”, po czym został zawieszony. Reaktywowany w nowej formie, Pol Wanda stanowi kameralne, akustyczne odgałęzienie dotychczasowej twórczości artysty. Właśnie ukazał się jego drugi album „Nieba krzyk i król wiatr”, który skupia się wokół motywu wewnętrznej podróży - ucieczki od nadmiaru bodźców, oczekiwań i narzuconych ról ku przestrzeni pozwalającej na konfrontację z samym sobą. Obejmuje on dziewięć autorskich utworów oraz interpretację kompozycji „Nim wstanie dzień” Krzysztofa Komedy i Agnieszki Osieckiej. O tym, co spowodowało zawieszenie, jak i powrót Pol Wandy, Michał opowiedział nam w poniższej rozmowie.
MM: Czemu właściwie te nagrania ukazują się pod szyldem Pol Wanda, a nie jako Oranżada w wersji akustycznej?
MK: Dobre pytanie (śmiech). Bo to nie Oranżada. To była potrzeba zrobienia czegoż samemu - to raz. Dwa - bez konfrontacji z innymi. Trzy - silna potrzeba zmierzenia się z samym sobą i pewnie także ze swoim ego. Poza tym było to też przypadkowe, bo zaczęło się od tego, że jak kąpałem swoją małą jeszcze wtedy córkę, to zacząłem plumkać na klasycznej gitarze i zaczęło mi się to podobać tak bardzo, że zacząłem w to brnąć. Co więcej - na płytach Oranżady są dwa numery czysto Pol Wandowe: „Ordinary Songs” jest na mojej pierwszej solowej płycie i było też na ep-ce Oranżady. A na „Karma Tango” jest „Here And Now” – kawałek, który kiedyś puściłem do netu, a który bardzo spodobał się kolegom i go dodaliśmy. Ten utwór gram też na solowych koncertach
MM: To plumkanie na gitarze zacząłeś jeszcze przed nagraniem "More"?
MK: I tak i nie. Bo oczywiście przed płytą, ale to była inspiracja. Tak naprawdę wcześniej nie grałem na instrumentach akustycznych. Pomijając czasy z lat 80., kiedy w domu był tylko stary Defil i z tatą założyliśmy do niego żyłki wędkarskie zamiast strun. Potem ją przerobiłem na elektryka, bo tylko to mnie interesowało. I co - ważne ta inspiracja przyszła od gitary klasycznej, nie akustycznej. Płyta „More” jest nagrana na klasyku i na nim grałem też pierwsze koncerty.
MM: Co zatem się stało, że nową płytę nagrałeś dopiero po 14 latach od tamtej?
MK: Brak wiary w to co, robiłem i moje rozchwianie. „More” raz mi się podobała, a raz nie. Teraz po latach jak jej słucham, to jestem zadowolony, ale wcześniej miałem z tym problemy. To trudne pytanie... Teraz też jestem lekko rozchwiany, ale dostaję bardzo mocne, pozytywne sygnały. No i wracając - cały czas coś tam grałem i sporo piosenek miałem zrobionych, ale brakowało tekstów. I tak się z tym woziłem kilka lat. Muzykę do „Nim wstanie dzień” nagrałem w kwietniu 2025 r. i nadal dwa numery czekają na słowa: "Do Nieba Krzyk" i "Król Wiatr. Cały czas też było granie w Oranżadzie, z której odszedłem niecały rok temu. A nie mam tak, że czasu mam za dużo z powodu obowiązków codziennych.
MM: Tym razem śpiewasz wszystkie piosenki po polsku. Skąd ta zmiana?
MK: Tu jest prosto. Chcę, żeby to trafiło do ludzi. Poza tym to jedyne słuszne podejście grając w Polsce. No i pokora. Chociaż na „More” starałem się tak samo mocno pisać jak teraz i cały czas się pod tamtymi tekstami podpisuję.
MM: Wspomniałeś o "Nim wstanie dzień". Tu chyba nie było problemu, bo aranż był gotowy?
MK: Problem był i go nie było. To jest piękna piosenka, którą łatwo popsuć. Nie było problemu właściwie poza tym, że moja wersja nie różni się bardzo od oryginału. A poza tym ten utwór to jest jednak sztos!
MM: No właśnie, mocno imitujesz Edmunda Fettinga..
MK: Tu się nie zgodzę, bo w ogóle go nie imituję. Jak puściłem koledze single przed wydaniem płyty i tam nie było tego kawałka, to sam powiedział, że jak Fetting, więc to chyba moje predyspozycje. Co do mojego głosu to słyszałem porównania do Janerki, Waglewskiego i Morrisona (śmiech). Ale jedna osoba powiedziała, że moja interpretacja niewiele się różni od oryginału. I ja to absolutnie przyjmuje.
MM: A na którym etapie pojawili Mikołaj i Piotr?
MK: Już na końcu produkcji. Po prostu chciałem to lekko urozmaicić. Mikołaj to syn Bolka Błaszczyka wybitnego muzyka, który na co dzień gra w grupie MoCarta i po prostu się znamy, bo mieszkamy w jednym mieście. Piotr Rychlec nagrywał całą płytę i ją miksował. Też mieszka w Otwocku i też jest mega zdolnym gościem – gra Zakopower i Tołhaje. Poprosiłem ich o wsparcie
MM: Zachowałeś też dość surowe brzmienie. Rozumiem, że to już stała cecha Pol Wandy?
MK: Czy surowe? Nie wiem, bo jednak jest przestrzennie, ale koncerty gram zarówno sam jak i z Maćkiem Łabudzkim (Żywiołak, Oranżada, Tekla Goldman), więc mam zakusy na poszerzenie składu. Nie zamykam się - wszystko zależy od sceny i miejsca.
MM: I z tym materiałem już zdążyłeś zagrać chociażby w PracoVni...
MK: W PracoVni, w krakowskim Re, na festiwalu w Nowicy, na festiwalu Świedrmajer w Otwocku. Szukam i staram się o granie koncertów.
MM: Ta płyta chyba Cię podbudowała. Na kolejną pewnie nie trzeba będzie czekać tak długo?
MK: Podbudowała, bo mam bardzo ciekawe info zwrotne. Bardzo pozytywne, ale też ciężko mi się przebić. Zobaczymy. Za dwa tygodnie wypuszczam dwa single anglojęzyczne. Takie bezpańskie, ale generalnie tak - będę cisnął dalej! Mam też drugi elektryczny projekt PUMA, który bardzo poważnie traktuję i za miesiąc nagrywamy płytę, więc ogólnie nie odpuszczam (śmiech).
