Skillet

Z Memphis, miasta będącego kolebką rock’n’rolla, na światowe sceny, gdzie ciężkie brzmienie spotyka się z duchowością i opowieścią o wewnętrznej walce. Skillet od niemal trzech dekad tworzy własny język buntu, skierowany nie przeciwko ludziom, lecz temu, co niszczy od środka. W rozmowie z Johnem Cooperem wracamy do korzeni zespołu, rozmawiamy o wierze, wolności twórczej i presji współczesności oraz o tym, dlaczego dziś jedną z najtrudniejszych i najważniejszych rewolucji jest nauczyć się akceptować samego siebie.
Ewelina Marek: Miasto, z którego pochodzisz, Memphis, to miejsce symboliczne, jako miejsce narodzin rock’n’rolla i muzyki, która zmieniła historię. Na ile środowisko lat 90., jego dziedzictwo, energia i kontrasty wpłynęły na kierunek, który obrałeś na samym początku swojej drogi jako Skillet?
John Cooper: Myślę, że muzyka była ogromną częścią tego wszystkiego, ale w naszej kulturze było też wiele innych rzeczy, na przykład sport, który również odgrywał dużą rolę w naszym życiu. Wokół było mnóstwo energii i pewnej teatralności.
EM: Zatrzymajmy się przy muzyce.
JC: Dorastałem, oglądając zespoły z lat 80., bo uwielbiam tamtą dekadę, szczególnie hair metal. Scorpions, Mötley Crüe czy Metallica. A także Kiss. Patrzenie na te wszystkie zespoły i chęć tworzenia równie widowiskowego, teatralnego show na żywo zdecydowanie wpłynęło na to, jak Skillet podchodzi do występów. Na pewno miasto z którego pochodzi grupa miało wpływ na jej kształt, ale jednocześnie Skillet zawsze starał się patrzeć w przyszłość i być nowoczesny. Najważniejsze, co wynieśliśmy z Memphis, to ten pierwotny duch tworzenia muzyki, robienia jej na własnych zasadach. Ten buntowniczy duch rock’and’rolla, bycie sobą, śpiewanie o tym, co dla nas ważne.
EM: Tęsknisz za Memphis?
JC: Tak… choć wyprowadziłem się kilka lat temu i przeniosłem do Wisconsin, na północ. Jednak Memphis pozostaje dla mnie miejscem bardzo nostalgicznym.
EM: W 2025 roku wydaliście utwór „O Come, O Come, Emmanuel”. To kompozycja zakorzeniona w bardzo starej tradycji liturgicznej, a jednocześnie brzmiąca niezwykle nowocześnie i niepokojąco. Czy jego atmosfera i przekaz są w jakiś sposób inspirowane współczesnymi konfliktami na świecie, takimi jak wojna w Gazie? Czy raczej postrzegasz go jako ponadczasową refleksję o nadziei w czasach chaosu?
JC: Powiedziałbym raczej, że to nie dotyczy konkretnych, nowych wydarzeń. To nie jest tak, że coś się stało tu czy tam i dlatego powstał ten utwór.
EM: Ale te wydarzenia przypominają nam o tym, co istniało zawsze?
JC: Właśnie tak. Wojna, chciwość, nienawiść. Ludzie nienawidzą innych ludzi z różnych powodów. Ta niedoskonałość, pewne „pęknięcie” w ludzkiej naturze, o tym ta pieśń mówi od zawsze, w sposób ponadczasowy, zakorzeniony w historii. Chcieliśmy jednak nadać jej charakterystyczne brzmienie Skillet, takie, które oddaje poczucie, że coś na świecie jest nie tak. I że tęsknimy za nadzieją. Każdego dnia przypomina się nam o naszej własnej niedoskonałości.
EM: Wasza muzyka od zawsze łączy ciężkie, czasem agresywne brzmienie z głęboko duchowym przekazem. Czy kiedykolwiek czułeś, że funkcjonujesz pomiędzy dwoma światami, sceną rockową a społecznością chrześcijańską?
JC: Mówi się: szklanka jest do połowy pełna albo do połowy pusta, ja zawsze wybieram tę pierwszą opcję. Czuję się w gruncie rzeczy akceptowany przez obie strony. Oczywiście są osoby religijne, którym nie podoba się mój wygląd. Nie podobają im się moje tatuaże albo nie akceptują krzyku w muzyce, uważają, że to nie jest zbyt „religijne”. I rozumiem to. Nie mam o to żalu. Z drugiej strony są też fani hard rocka, którzy mogą uważać, że chrześcijaństwo nie pasuje do muzyki rockowej z różnych powodów. Do nich również nie mam pretensji. Przypomniałbym tylko, że tak naprawdę muzykę rockową współtworzyli chrześcijanie. Na przykład Elvis Presley czy Johnny Cash. A także wielu czarnoskórych amerykańskich wokalistów gospel, jak Ray Charles, czy twórców bluesa w Stanach Zjednoczonych.
EM: Trudno wyobrazić sobie religie bez muzyki, na odwrót trochę też.
JC: Muzyka na przestrzeni historii miała z natury charakter religijny. Niekoniecznie zawsze chrześcijański, ale duchowy. Niezależnie od tego, czy była związana z inną religią, wierzeniami pogańskimi, chrześcijaństwem czy czymkolwiek innym.
Dlatego uważam, że każda muzyka ma wymiar duchowy, niezależnie od intencji. Muzyka sama w sobie jest duchowa. Wierzę, że ma ogromną moc i że właśnie dlatego pomaga ludziom. Jeśli więc mogę połączyć te dwa światy i dać ludziom nadzieję, to właśnie staram się robić. Staram się nie oceniać ludzi i nie chcę, żeby czuli się przeze mnie oceniani. Mam nadzieję, że kiedy słuchają naszej muzyki, czują się podniesieni na duchu.
EM: Nazwa Skillet odnosi się do idei mieszania różnych wpływów. Po tylu latach i przy bardziej wyraźnie zdefiniowanym brzmieniu nadal czujesz, że ten „melting pot” jest częścią waszej tożsamości? Czy może stał się raczej symbolem waszych początków?
JC: Myślę, że fanbase Skillet jest bardzo zróżnicowany, tak samo jak nasza muzyka. Gramy hard rock, czasem metal, ale też bardzo melodyjne rzeczy. Mamy pianino, skrzypce, dużo elementów elektronicznych. Kiedy to wszystko się łączy, słychać różne wpływy, nie tylko gatunkowe, ale też z różnych epok. Pojawiają się inspiracje latami 80., ale zawsze unowocześnione dzięki klawiszom i elektronice. Kiedy ja i Jen śpiewamy razem, przypomina mi to trochę lata 70. w klimacie muzyki Fleetwood Mac albo Meat Loaf. To też jest ciekawe, bo łączy różne światy.
EM: Utwory takie jak „Monster” i „Hero” zdobyły ogromną popularność częściowo dzięki wykorzystaniu w grach. Czy uważasz, że konteksty popkulturowe, takie jak gaming czy sport, zmieniają sposób, w jaki słuchacze interpretują wasze teksty? Zwłaszcza te dotyczące wewnętrznych zmagań i duchowości?
JC: Dorastałem w Memphis, które było mocno związane z wrestlingiem. Przyjeżdżali tam zawodnicy, tacy jak Randy Savage. To była część mojego dorastania, połączenie muzyki rockowej, wydarzeń sportowych i wrestlingu. Wszystko się przenikało. To była kultura, w której dorastałem. Podobała mi się ta intensywność, teatralność wrestlingu i rywalizacja w sporcie. Myślę, że nawet nieświadomie Skillet połączył to wszystko w naszym brzmieniu i koncertach i to w pewien sposób zdefiniowało zespół.
Słychać to w naszych tekstach. Są bardzo waleczne. Ale to nigdy nie jest o walce z innymi ludźmi. Drugi człowiek nie jest moim wrogiem. To nie jest o rewolucji politycznej. To zawsze o wewnętrznej walce — z własnymi demonami, przeszłością, albo wersją siebie, którą nie chcesz być. Z czymś, co cię niszczy. Może to uzależnienie. Może coś, co ma nad tobą kontrolę i wiesz, że jest dla ciebie złe. O tym właśnie śpiewamy.
EM: Wasze brzmienie ewoluowało od czegoś bardziej industrialnego i surowego do bardziej epickiego, dopracowanego produkcyjnie stylu. Czy to była świadoma decyzja artystyczna, czy naturalna ewolucja?
JC: W pewien sposób zawsze staramy się wplatać gitarowe brzmienie w to, co robimy. Czasem są to drobne elementy, ale bardzo to lubię. Dodajesz je, mieszasz i to działa. Dla nas to zawsze było naturalne i sprawiało frajdę. Dzięki temu wszystko pozostaje świeże i nadal mnie to ekscytuje. Teraz pracujemy nad nową muzyką, a właściwie kończymy płytę. Jesteśmy już prawie gotowi. Jej tworzenie było niesamowicie przyjemnym doświadczeniem. Czuję się, jakbym znów był młody i tworzył muzykę po raz pierwszy. I wiem, że nasi fani pokochają ten materiał. Nie mogę się doczekać, aż go usłyszą.
EM: Wciąż jesteś młody, słychać to. Nadal tak się czujesz?
JC: Tak, wciąż czuję się młody. Może nie aż tak jak kiedyś, ale dziękuję.
EM: Ostatni album „Revolution” to wasze pierwsze w pełni niezależne wydawnictwo. Czy ta artystyczna wolność zmieniła sposób, w jaki podejmujecie decyzje twórcze?
JC: Podoba mi się swoboda, że mogę wydawać muzykę wtedy, kiedy chcę. To naprawdę ekscytujące i czuję to podekscytowanie także teraz. Przy „Revolution” napisaliśmy około 14 utworów, a nagraliśmy 10 albo 11. To było bardzo wyzwalające. Wcześniej tworzyliśmy 30, 40, nawet 50 piosenek, a to potrafiło wydłużyć cały proces o kolejny rok. A ja chcę wydawać więcej muzyki, częściej. Chcę dawać fanom więcej. Dlatego to doświadczenie było naprawdę uwalniające.
EM: Po niemal 30 latach grania w Skillet co dziś napędza cię najbardziej? Wiara, muzyka, a może relacja z fanami?
JC: Powiedziałbym, że w moim życiu — jako człowieka i jako wokalisty — tym, co napędza mnie najbardziej, zawsze będzie wiara. Bo to ona wpływa na wszystkie inne obszary mojego życia. Chcę być dobrym mężem, ale nie wiem, jak nim być, jeśli nie opieram się na wierze, która mnie tego uczy. Chcę być dobrym ojcem i mam nadzieję, że nim jestem, ale oceniam to właśnie przez pryzmat wiary. Podobnie jest z muzyką. Chcę być dobrym muzykiem. Chcę dobrze traktować fanów, okazywać im szacunek, naprawdę ich kocham.
Ogromnie inspirują mnie momenty, kiedy widzę ludzi śpiewających nasze piosenki, kiedy spotykam ich przed koncertami albo kiedy ktoś podchodzi do mnie na ulicy i mówi: „Czy ty jesteś John Cooper?” — a potem opowiada, jak nasza muzyka mu pomogła.
To daje mi mnóstwo energii. Ale na koniec dnia to wiara musi być na pierwszym miejscu. To ona pokazuje mi, gdzie jest moje miejsce i jak powinienem traktować innych. Daje też pokorę. Przypomina, że jesteśmy tylko małymi ludźmi w ogromnym świecie i że trzeba o tym pamiętać, żeby traktować innych z szacunkiem, niezależnie od tego, skąd pochodzą i w co wierzą.
EM: Po niemal trzech dekadach wasza muzyka nadal brzmi buntowniczo i konfrontacyjnie. Przeciwko czemu dziś buntują się John Cooper i zespół? Przemysłowi muzycznemu, kulturze masowej czy może czemuś bardziej osobistemu?
JC: Nasza kultura jest mocno napędzana i skoncentrowana na sobie. Kocham swój kraj, ale to jest jego słabsza strona. Spotykam wielu młodych ludzi, zwłaszcza młode kobiety, nawet nastolatki, które próbują konkurować swoim wyglądem z tym, co widzą w mediach społecznościowych. A przecież wiemy, że to nie jest prawdziwe. Filtry, efekty... to wszystko sprawia, że ludzie wyglądają inaczej niż w rzeczywistości. I nikt nie powinien konkurować z takim „ideałem”. Wygląd nie definiuje tego, kim jesteś. I to jest coś, przeciwko czemu naprawdę warto się buntować.
Może to brzmieć jak drobiazg, ale spotkałem setki, może tysiące młodych dziewczyn, które zmagają się z depresją, samookaleczaniem albo nienawiścią do siebie z powodu wyglądu. Chciałbym, żeby buntowały się przeciwko temu przekonaniu, że wygląd jest najważniejszy, bo nie jest. Jako człowiek jesteś czymś znacznie więcej. W większości naszych utworów mówimy jednak o buncie przeciwko osobistym, destrukcyjnym siłom. Tym, które niszczą twoje życie, powodują ból, depresję, lęk. Albo sprawiają, że nie jesteś takim człowiekiem, jakim chcesz być.
EM: Dziękuję za interesującą rozmowę.
SKILLET:
07.05.2026 / Warszawa, COS Torwar
08.05.2026 / Wrocław, A2
Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Eventim, Ebilet, Ticketmaster







