Spięty

"Full H.D." to czwarty już album Spiętego (ex-Lao Che), na którym poznajemy świat widziany oczami tego artysty, gdzie śmiech, ironia, pytania, obawy i lęki to jedynie część jego składowych. Na nowym albumie usłyszycie muzykę, która była inspirowana tańcem - zarówno jego tradycyjną formą jak bolero czy tango, ale również zupełnie współczesnym funkiem czy disco. Spotkaliśmy się z Hubertem "Spiętym" Dobaczewskim w jednej z warszawskich kawiarni, by porozmawiać między innymi o: kulisach powstania tej płyty, pisaniu tekstów piosenek w języku polskim oraz tworzeniu po przekroczeniu 50 roku życia.
GS: Wielokrotnie słyszałem od polskich artystów, że w naszym języku śpiewać nie będą, bo nie potrafią przekazać w nim swoich myśli i istnieje dla nich w tej kwestii tylko język angielski. Ty temu zaprzeczasz w swoich tekstach….
S: Co mogę powiedzieć? Jest mnóstwo artystów, którzy śpiewają po angielsku. Mnie to nigdy nie interesowało. Kiedyś, gdy grałem na gitarze i śpiewałem w metalowym zespole, to teksty były w języku angielskim. Ale to było lata temu, zanim się dowiedziałem, że są tacy artyści jak: Maleńczuk, Staszewski, Świetlicki. I to był właśnie moment zwrotny, w którym zapragnąłem śpiewać po polsku i żeby to nie były teksty błahe.
GS: Słuchając Twoich tekstów zawsze mam skojarzenie z poezją lingwistyczną Mirona Białoszewskiego. Tworzysz nowe słowa, skojarzenia, które się ze sobą dobrze „kleją”.
S: To jest jak gotowanie. No, po prostu trzeba spróbować, czy ten przepis by wyszedł. I robić to spontanicznie, bo można sięgać po przepisy, które już istnieją. Ale po co? Warto być pionierem albo próbować przynajmniej kimś być. Może z tego tytułu ludzie mówią o mnie, że mam swój styl.
GS: Chyba dzięki swoim tekstom język polski traktujesz jako instrument?
S: Zdecydowanie tak. Brzmienie tego języka bardzo lubię. Angielski też mi się podoba, ale do tego, żeby się wyrazić jako osoba czująca, widząca, postrzegająca to absolutnie potrzebuję naszego języka.
GS: Słuchając „Full H.D.” mam wrażenie, że jest ona jest dosyć optymistyczna zarówno muzycznie, jak i tekstowo, co moim zdaniem oddaje idealnie okładka z kolorowymi okularami. Jednak gdzieś z boku jest tam ta czarna smuga wypływająca z tych okularów symbolizująca element smutku...
S: Chyba to jest trafiona diagnoza, że jest ta łyżka dziegciu, lecz generalnie moje myślenie było zdecydowanie pozytywne co mi się zdarza, ale nie zawsze, bo czasami popadam w melancholię. Jestem w takiej troszkę glątwie i jest pewna ilość tekstów, które w ramach tej glątwy popełniłem. Teraz jestem kolorowy.
GS: Myślę, że wpływ na Ciebie miało przekroczenie magicznej 50-tki, co było naszym udziałem w zeszłym roku.
S: Restauracja w której rozmawiamy (Cafe Rozdroże w Warszawie – przyp.GS) też została założona w 1974 roku. Nie ma przypadków (śmiech). Wiesz co? Z wiekiem nabiera się dystansu. Wiesz, o czym mówię. Na pewne rzeczy patrzysz z szerszej perspektywy z racji tego, że żyjesz tyle lat i masz tyle doświadczeń, spostrzeżeń i danych. Masz tyle tych pikseli, że nawiążę do okładki płyty, że ten obraz jest ostrzejszy i dlatego tytuł płyty jest taki, a nie inny.
GS: Ale też mam wrażenie, że musiałeś także na płaszczyźnie muzycznej do pewnych rzeczy dojrzeć, bo ta płyta jest często ociera się o taneczność. Owszem, na albumach Lao Che pojawiała się elektronika, ale to jest Twoja chyba najbardziej „skoczna” płyta.
S: Miałem ambicję, żeby stworzyć właśnie taką taneczną płytę, dlatego że ta taneczność w muzyce zawsze mnie pociągała. Nieważne czy jest to muzyka ludowa, czy tańce towarzyskie: tango, charlstone, a nawet disco, czy funk, bo i takie rytmy, które mnie pociągały. Ten album stoi w opozycji do mojej wcześniejszej płyty „Heartcore”, która była melancholijna, senna, oniryczna…
GS: Mało klubowa…
S: Tak, zdecydowanie. Nie była festiwalowa i faktycznie mało festiwali zagrałem z tamtym albumem. Natomiast byłem ciekawy, jak ludzie by zareagowali na taką taneczną pulsację, na takie disco trochę z przymrużeniem oka.
GS: W tekstach kilkukrotnie się pojawia jeden z Twoich ulubionych tematów czyli Bóg. I jak tego Boga odbierasz po 50-ce?
S: Czasami sobie zarzucam, że chwytam się podobnych tematów. Bóg jest jednym z tych tematów, które eksploruję i właściwie robię to z płyty na płytę. Ale dałem sobie takie prawo, żeby to robić. Bo wiesz co? Ja się z tym Bogiem albo z jego brakiem starzeję. Więc mam wciąż inne spostrzeżenia, inne dane, więc to się u mnie zmienia. Nie mogę powiedzieć, że jeśli popełniłem piosenkę o miłości to już nie będę pisał o tym uczuciu. To bzdura. Niektórzy piszą tylko o miłości i jest to wspaniałe, a niektórzy tylko o Bogu i też jest ekstra. Więc to taka moja dygresja, że nie powinienem sobie czynić zarzutów, że piszę o Bogu.
GS: W jaki sposób teraz podszedłeś do pisania tekstów na ten album? Tworzyłeś muzykę pod gotowe teksty czy na odwrót?
S: Przedziwnie, bo zawsze było tak, że robiłem muzykę i do tej muzyki pisałem teksty. Muzyka mnie inspirowała, dawała mi wskazówki, nastrajała mnie. Jeśli miałem nastrój związany z muzyką, no to podążałem za tym nastrojem i temat mógł być taki albo taki. Natomiast na nowym albumie szedłem dwutorowo, tak jakby dwóch artystów tworzyło. Jeden robił muzykę, drugi pisał teksty. Niezależnie, nie myśląc o muzyce, po prostu pisałem. Pisałem wiersze i do tego "białe", czego nigdy nie robiłem, bo nie chciałem się zastanawiać nad rymami i szukaniem jakiś rozwiązań piosenkowych albo klasycznych wierszy. Chciałem, żeby to było bardziej spontaniczne, żeby tak wypływało bez takiego ciężaru, w którym siedzę nad rymem dwie godziny i już tracę w ogóle cały sens wiersza. I nie wiem, co chcę powiedzieć, nie czuję nic, jestem zmęczony, ale mam rym. Więc tego się chciałem wyzbyć. I udało mi się na tej płycie, aby te wiersze były dużo bardziej spontaniczne niż w przypadku moich wcześniejszych dokonań.
GS: A w którym miejscu tego procesu powstawania płyty dołączył Twój zespół?
S: W przypadku działalności solowej robię demo, komponuję, a potem wszyscy razem nagrywamy w różnych miejscach. Partie instrumentów są więc skomponowane przeze mnie, ale one są często jako szkice, ale czasami są już skończone. Ale partie wszystkich instrumentów nagrywam z zespołem, bo samemu bym to tego tak nie zrobił.
GS: Oni mają też jakiś wpływ na brzmienie, czy raczej robią to, co ty im zlecasz?
S: Kumplujemy się, więc to nie jest tak, że ja im ręce wykręcam i mają grać coś, co w ogóle im nie leży. Nie, to nie w ten sposób. Z tego co obserwuję, to są to rzeczy, które potrafią ich natchnąć i oni te tematy mogą rozbudować, a nie spłaszczać. Więc wydaje mi się, a musiałbym ich zapytać, ale z tego co widzę na koncertach, kiedy gramy też materiały z wcześniejszych płyt, że są to rzeczy, które im się podobają.
GS: W utworze „Serconośny” poruszasz temat AI. Nie obawiasz się, że kiedyś naprawdę AI może wejść na stałe w nasze życia i w życia artystów także? Mam na myśli to, co już się dzieje czyli, że muzycy nie będą pisać tekstów i tworzyć muzyki tylko korzystać ze sztucznej inteligencji?
S: Problem na pewno istnieje. Podjąłem ten temat dlatego, że on jest wszędzie odczuwalny, więc będąc obserwatorem rzeczywistości trudno, żeby ten temat mnie nie dotykał. W tej piosence podjąłem go w ironiczny sposób. No więc może to jest tak, że AI będzie, a może się okaże, że to pójdzie w drugą stronę, że będzie to pomocne. Będzie w tym człowiek, tylko będziemy działać we dwóch, w jakimś duecie. Jeśli to będzie stymulujące i będą fajne wyniki, to właściwie czemu nie.
GS: Teksty na tej płycie są Twoimi opowieściami opartymi o osobiste doświadczeia, czy też są to rzeczy, które obserwujesz wokół siebie?
S: Słyszałem dużo opinii, że poprzednia płyta „Heartcore” była osobista, a ta już nie jest jest. W moim przekonaniu jest bardzo osobista. Ona nie ma takiego ciężaru gatunkowego, jak ta wcześniejsza, która opowiadała o melancholii i takich rzeczach. Wiesz, w przeszłości robiłem też płyty, które były takim szumem informacyjnym, jak na przykład płyta „Black Mental”, na któej połowa tekstów składała się moich spostrzeżeń, odczuć i mojego światopoglądu. A połowa to był szum informacyjny zasłyszany gdzieś tam w przysłowiowym autobusie. Podobno Churchill uprawiał politykę w ten sposób, że przede wszystkim słuchał ludzi: wsiadał do metra, czytał gazetę i słuchał.
GS: W którym momencie kariery poczułeś, że chcesz kontynuować projekt Spięty? Pomiędzy pierwszą płytą „Antyszanty” a drugą „Black Mental” było dwanaście lat przerwy, ponieważ grałeś w Lao Che, które zakończyło działalność w 2021 roku.
S: Po wydaniu w 2015 roku płyty Lao Che „Dzieciom” już wiedziałem, że że moja misja z tym zespołem się kończy. Postanowiłem, że zrobimy jeszcze jeden album czyli „Wiedza O Społeczeństwie” z 2018 roku. No i potem wiedziałem, co chcę robić dalej. Chcę działać pod szyldem Spięty. Był taki moment, że kiedy zrobiłem swoją pierwszą solową płytę „Antyszanty”, to się w tym zakochałem i pomyślałem, że to jest tak fajne, że chciałbym robić i Lao i ten solowy projekt. A potem się okazało, że tak nie da rady, bo to jest ta sama postać. Tak jakby rozdwojenie jaźni. Tu mogę opowiedzieć o tym, a tu o tym, ale musiałbym mieć dużo pomysłów i energii, a nie mam ich aż tak dużo na dwa projekty. Już 11 lat temu wiedziałem, że Lao Che się kończy i że będę tworzył pod szyldem Spięty. Tylko to jeszcze chwilę musiało potrwać. Musiałem odejść z tamtego zespołu, a nie było to łatwe. Musiałem sobie skład założyć. Przez pewien czas siedziałem okrakiem w obu projektach. Pożegnalna trasa koncertowa Lao Che miała się odbyć w 2020 roku, ale przerwała ją panedmia. Ostatni koncert zagraliśmy w w 2022 roku w Płocku, a przed tym występem wydałem drugą płytę solową „Black Mental”. Także to było pomieszanie z poplątaniem.
GS: Dziękuję za rozmowę.
FOTO: Andrzej Olszanowski









