Suzi Quatro

WywiadEwelina MarekSuzi Quatro
Suzi Quatro

Są artyści, którzy wpisują się w historię rocka i są tacy, którzy ją zmieniają. Suzi Quatro zrobiła jedno i drugie. Kiedy na początku lat 70. wyszła na dużą scenę z basem przewieszonym przez ramię nie wiedziała, że właśnie wyważa drzwi do świata, który przez dekady był zarezerwowany niemal wyłącznie dla mężczyzn. Dziś, po ponad sześciu twórczych dekadach wydaje album Freedom - płytę o niezależności, wyborze siebie i wolności, która wciąż pozostaje najważniejszą walutą w rock’n’rollu. W rozmowie opowiada o Detroit, rodzinie, duecie z Alice'm Cooperem, o tym, dlaczego dopiero po siedemdziesiątce napisała swoją pierwszą w pełni kobiecą piosenkę i o chwili, w której zrozumiała, że muzyka nie jest już tylko marzeniem, ale przeznaczeniem.

EM: 27 marca ukaże się Twój album "Freedom". Już same tytuły utworów — "Choose Yourself", "Woman's Song" czy "Take It or Leave It" brzmią jak silny manifest. Czy to płyta wyrażająca wolność przede wszystkim z kobiecej perspektywy, czy raczej uniwersalna deklaracja niezależności?

SQ: Jedno i drugie. Pracując nad nowym albumem, chciałam zatoczyć pełne koło i wrócić do mojego rockandrollowego rdzenia. Jednocześnie odkryłam w tym procesie coś ważnego o sobie. Zazwyczaj nie myślę w kategoriach płci. Nigdy nie nazywałam siebie „kobietą-muzykiem”. Po prostu jestem muzykiem. Ale oczywiście jestem też kobietą. I na tej płycie postanowiłam w końcu świadomie to zaakceptować.

EM: „Woman’s song” chyba najlepiej oddaje ten klimat.

SQ: Pomyślałam: jeśli teraz nie napiszę kobiecej piosenki, nigdy tego nie zrobię. I tak powstała "Woman’s Song". A przecież nigdy wcześniej nie napisałam utworu, który wprost odnosiłby się do kobiecej tożsamości. Teraz, w wieku 75 lat, mogę w pełni przyjąć tę część siebie. Wciąż nie definiuję się przez płeć, ale tym razem jakby symbolicznie uchyliłam przed nią kapelusza.

EM: Był czas, że śpiewałaś Beatlesów „I Want to Be Your Man”...

SQ: Tak. Śpiewałam „I Want To Be Your Man” i nie przerabiałam tego, nie dostosowywałam do siebie. W końcu po tylu latach napisałam rasowo kobiecą piosenkę. Jednak sedno tej płyty nie sprowadza się tylko do kobiecej perspektywy, chodzi o wybór siebie. Choose Yourself to moja życiowa mantra. Nie próbuj być czyjąś wersją siebie. Bądź sobą. To właśnie jest dla mnie wolność.

EM: "Freedom" Ta piosenka w każdym calu brzmi jak wolność.

SQ: Kiedy pracowałam nad utworem "Freedom" szukając melodii, zastanawiałam się: o czym jest ta piosenka? Jakie daje uczucie? I nagle powiedziałam: „Free… tak, to jest to”. Te słowa po prostu wyleciały mi z ust. To jak jazda przed siebie, bez ciężaru, bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Żadnego bagażu. Moja droga. Moje zasady. I o tym jest cały ten album.

EM: Album pierwotnie miał mieć tytuł "Choose Yourself". W którym momencie poczułaś, że "Freedom" lepiej niż cokolwiek innego oddaje jego znaczenie i energię?

SQ: Stało się to właściwie na etapie miksowania i masteringu. Dokładniej wtedy, kiedy trzeba zatwierdzać kolejne miksy. Wysyłano mi je, słuchałam, potem przychodziły następne, znów słuchałam. Jednak za każdym razem, kiedy odtwarzałam materiał, słowo Freedom po prostu wyskakiwało przede mnie. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że przecież właśnie o tym jest ta płyta. O wolności, która sprawia, że jestem dokładnie tym kim chcę być. Wciąż bardzo lubię tytuł "Choose Yourself", ale "Freedom" zawiera w sobie wszystko, co chcę przekazać.

EM: Tysiące piosenek i tekstów powstało już na temat wolności. Dlaczego właśnie ten motyw stał się centralnym tematem Twojego nowego albumu? Czy chodziło o potrzebę przypomnienia ludziom o jej znaczeniu, o jej kruchość, czy może o to, że jej definicja zmienia się wraz z czasami?

SQ: Właściwie o wszystko, co właśnie powiedziałaś. Wolność ma wiele znaczeń, można rozumieć ją bardzo osobiście, ale można też myśleć o niej w kontekście świata, w którym żyjemy. Dla mnie nie było innego wyboru, bo zawsze mówię: jeśli nie masz wolności, nie masz nic. I dotyczy to zarówno życia osobistego, jak i świata wokół nas.

EM: A Jeśli masz wolność - masz pracę, radość, wybór. Masz to, czego chcesz.

SQ: Tak, ale trzeba na to zapracować. Wielu ludzi stara się zadowolić innych. To nigdy nie działa. Przez całe życie moją osobistą mantrą było to, żeby nie zmieniać się dla nikogo i być sobą. Na końcu dnia, tak naprawdę, jedyne co masz to ty sam. Kiedy odrzucisz wszystko inne, zostajesz tylko ty. Więc lepiej, żebyś był sobą i potrafił być z tym sobą szczęśliwy. Oczywiście nikt z nas nie jest idealny. Wszyscy popełniamy błędy i to jest normalne.

EM: Zbliżający się album to Twój trzeci już projekt nagraniowy z Twoim synem, Richardem Leonardem Tuckeyem. Czy łatwo jest oddzielić relację rodzinną od zawodowej, kiedy wchodzicie razem do studia?

SQ: Na szczęście dla mnie współpraca z rodziną nie jest niczym nowym. Na początku kariery grałam z moimi siostrami, pracowałam też z moim ojcem. Mój były mąż, tata Richarda, również grał w moim zespole. Jestem więc przyzwyczajona do tej rodzinnej dynamiki. W końcu jestem jedną z pięciorga rodzeństwa. To raczej Richard miał na początku większy problem z przystosowaniem się do tej sytuacji. Pamiętam, że przy "No Control" pierwszym albumie, który razem zrobiliśmy, ciągle powtarzał: „Te granice się zacierają. Mama… Susie Quatro…”. A ja mu odpowiedziałam: „Nie, nie, to bardzo proste. Kiedy pracuję — jestem Susie Quatro. A kiedy nie pracuję — jestem mamą”. I wtedy zrozumiał różnicę. Dość szybko się do tego przyzwyczaił. Potem po prostu budowaliśmy naszą relację zawodową i znaleźliśmy własny sposób współpracy.

EM: Czy ten sposób ewoluował?

SQ: Przy tym albumie faktycznie pracowaliśmy trochę inaczej niż przy dwóch poprzednich. Tym razem Richard wysyłał mi do domu gotowe już szkice utworów — kompletne podkłady, świetne tracki z riffami. Oczywiście bez partii basu, ale z podstawową strukturą utworu. Zakładałam więc słuchawki, brałam gitarę basową i mój notes z tekstami. Słuchałam, grałam, znów słuchałam, znów grałam. Tak wyglądał proces twórczy.

EM: Będąc przy współpracach, chciałabym zapytać o Twój duet z Alice’em Cooperem w „Kick Out the Jams”, który nie jest przypadkiem. To cover zespołu MC5, a wy oboje macie te same korzenie w Detroit. Odczuwasz dziś nostalgię za tym miastem?

SQ: Detroit to bardzo silne miasto. Jeśli pochodzisz z Detroit, ono nigdy cię nie opuszcza. Po prostu nigdy. To miasto przemysłowe pełne ludzi odmiennych ras, którzy są ze sobą powiązani, ale jednocześnie bardzo wyraźni w swojej tożsamości. Przykładem jest kultowa wytwórnia Motown, która wypromowała tak wielu ważnych artystów... Gdybym zaczęła wszystkie wymieniać potrzebowałybyśmy jeszcze jednego wywiadu. W Detroit jest pewna energia. I każdy artysta, który pochodzi z tego miasta ma tę energię. To tak, jakby twoja noga cały czas była na pedale gazu. „Kick Out the Jams” zaśpiewaliśmy z Alice’m właśnie jak ludzie z Detroit, chociaż nikt nam nie mówił, jak mamy to zrobić.

EM: Covery to nie jest nowość w Twojej tworczości...

SQ: Zawsze śpiewam dwa covery na każdym albumie od 1973 roku. Na ten album Richard zaproponował: "Going Down" Freddiego Kinga. Ale potem podsunął jeszcze pomysł na "Kick Out the Jams". Uwielbiam tę piosenkę, znam bardzo dobrze ten zespół, ale nie byłam jej pewna.

W końcu przyszedł do mnie i powiedział: „Mamo, zrób "Kick Out the Jams" z Alicem Cooperem”. I wtedy powiedziałam: „Richard, teraz to słyszę. Teraz to widzę.” Nagle wszystko nabrało sensu. To było jak powrót dwóch kumpli z Detroit do Detroit, żeby nagrać coś w hołdzie dla MC5. To było idealne. Zadzwoniłam do Alice'a i całkowicie się zgodził. Powiedział: „Jeśli mamy to zrobić, zróbmy to w Detroit”. Więc wszyscy tam polecieliśmy i nagraliśmy ten utwór. Fantastyczny numer.

EM: Dla wielu ludzi jesteś symbolem kobiecej niezależności w rocku. Kiedy zaczynałaś w latach 70., czy byłaś świadoma, że torujesz drogę przyszłym pokoleniom artystek? A może po prostu robiłaś swoje, nie przejmując się konwencjami?

SQ: Dorastałam w muzycznej rodzinie. Gram na instrumentach perkusyjnych i na fortepianie klasycznym. Kiedy miałam 14 lat, jedna z moich sióstr i ja założyłyśmy żeński zespół. Poszłam wtedy do mojego taty, który był muzykiem i powiedziałam: „Cześć, tato. Zakładamy żeński zespół”. A on na to: „Dobrze”. Brnęłam dalej: „Będę grać na basie”. On: „Ok, masz już jakiś?” I podarował mi Fender Precision z 1957 roku. Więc nigdy nie dorastałam z przekonaniem, że nie mogę czegoś zrobić tylko dlatego, że jestem kobietą. Tym samym też nie zdawałam sobie sprawy z tego, co robię.

A pierwszy raz naprawdę do mnie to dotarło dopiero w 2019 roku. Miałam wtedy 69 lat. Poszłam na premierę „Susie Q”, mojego filmu dokumentalnego w Regent Theater. Miałam wejść dopiero na końcu, żeby zrobić sesję pytań i odpowiedzi z publicznością. Ale chciałam obejrzeć film razem z widzami, więc wślizgnęłam się do sali i schowałam z boku, żeby zobaczyć reakcję publiczności. Oglądałam film i pojawiały się różne fragmenty z udziałem artystek, m.in.: Debbie Harry, Cherie Currie, KT Tunstall, Joan Jett, Tina Weymouth, Kathy Valentine… Patrzyłam na te kobiety i dosłownie opadła mi szczęka, bo wszystkie mówiły w zasadzie to samo: „Nie zrobiłabym tego, co zrobiłam, gdyby wcześniej nie zrobiła tego Suzi Quatro”. I kiedy zaczęły pojawiać się napisy końcowe, zaczęłam płakać. Dopiero wtedy pomyślałam: „O… mój Boże. Ja to zrobiłam”. Wcześniej nie wiedziałam, że to robię.

W moim przypadku to jest w porządku, bo znaczy, że nic w tym nie było wykalkulowane ani sztuczne. A gdyby było, to by nie zadziałało. Gdybym wiedziała, co robię, nie byłoby mnie tu dzisiaj. Byłabym jakimś projektem, wymysłem. A ja nie jestem wymysłem. Jestem po prostu sobą. Ktoś w końcu musiał wyważyć te drzwi. A ja je wyważyłam, bo mówiąc zupełnie szczerze, nawet nie widziałam, że tam są drzwi.

EM: Zanim świat cię poznał, występowałaś w Detroit jako Suzi Soul, grając ze swoimi siostrami w zespołach Pleasure Seekers i Cradle. Jak wspominasz te wczesne koncerty?

SQ: Bardzo wyraźnie pamiętam nasz pierwszy koncert. Znałyśmy wtedy trzy piosenki, a właściciel lokalnej Sali tanecznej powiedział: „Dobrze, możecie przyjść i zagrać swoje trzy utwory w przyszły piątek”. Więc nauczyłyśmy się tych trzech piosenek. Pamiętam, jak stałam wtedy na scenie i patrzyłam w dół na publiczność. Miałam 14 lat. Pomyślałam wtedy: „Jestem w domu”. Wydałam z siebie taki krzyk: „Wow!”. Po prostu… I tak się to zaczęło. To było całkowicie naturalne.

EM: Wygląda na to, że urodziłaś się, by być gwiazdą.

SQ: Miałam takie poczucie już wcześniej, bo w naszej rodzinie wszystko kręciło się wokół muzyki. Zawsze robiliśmy rodzinne występy. Nieważne czy to była Wielkanoc, Boże Narodzenie, urodziny – zawsze był rodzinny pokaz. Cała nasza piątka dzieci coś prezentowała: ktoś grał na pianinie, ktoś opowiadał dowcip, ktoś robił mały taniec, cokolwiek. Kiedy miałam osiem lat, podczas takiego występu wyszłam na domową scenę, żeby zrobić swoją część i zauważyłam, że cały pokój nagle ucichł. Wszyscy spojrzeli na mnie. I w mojej małej, dziecięcej głowie pojawiła się myśl: „O… potrafię utrzymać uwagę publiczności”. Od tego momentu zaczęłam rozwijać się z tą świadomością, że mam ten specyficzny pierwiastek.

EM: Niesamowite, że wszystko działo się we współpracy rodzinnej.

SQ: Cała moja rodzina jest bardzo utalentowana. Mój brat, Michael Quatro, jest prawdopodobnie najlepszym pianistą, jakiego kiedykolwiek słyszałam. Potrafi sprawić, że człowiek płacze.

EM: Jakie były największe wyzwania grania w żeńskim zespole w latach 60., kiedy scena rockowa była niemal całkowicie zdominowana przez mężczyzn?

SQ: Byłyśmy trzy siostry razem, więc jako zespół stanowiłyśmy silną jedność. Poza tym naszym menedżerem był pierwszy mąż mojej najstarszej siostry. Więc istniała taka trochę rodzinna struktura, która dawała nam pewne poczucie bezpieczeństwa.

Ale zdarzały się też szalone sytuacje. Wiesz, byłyśmy młodymi dziewczynami w trasie i naturalnie musiałyśmy być chronione, byłyśmy niedoświadczone. Tak naprawdę nie wiedziałyśmy jeszcze, co robimy. Ale na szczęście wszystkie przez to przeszłyśmy bez większych problemów.

EM: Patrząc wstecz na swoją karierę, czy był moment, w którym uświadomiłaś sobie, że muzyka to nie tylko pasja, ale coś, co po prostu musisz robić bez względu na wszystko?

SQ: Pamiętam dokładnie, kiedy to się wydarzyło. Miałam 15 lat i byłam w Nowym Jorku. Graliśmy tam w klubie. Siedziałam na łóżku w moim malutkim hotelowym pokoju. I nadszedł moment, kiedy powinnam była wrócić do Detroit i rozpocząć kolejny rok szkoły. Zadzwoniłam do mojego ojca. Powiedziałam szybko:* „Tato, myślę, że znalazłam to, co chcę robić przez resztę życia. I nie chcę wracać, żeby skończyć szkołę”.* Zapadła długa cisza. A potem mój ojciec zapytał: „Susie, czy jest coś, co mógłbym powiedzieć, żebyś zmieniła zdanie?”. Odpowiedziałam: „Nie”. I on po prostu spokojnie odłożył słuchawkę. Nie gwałtownie, tylko takie ciche klik. Czułam się tak, jakby ktoś przeciął moją linę bezpieczeństwa. Siedziałam tam może 15–20 minut i myślałam: „Jaką właśnie podjęłam decyzję. Czy naprawdę tego chcę?”. Szybko okazało się, że tak. Dlatego jestem w tym biznesie już 62 lata. Gdyby wtedy tata zareagował gniewem, to byłoby głupie. Ale tego nie zrobił. Dał mi wybór i czas, żeby się zatrzymać i naprawdę to przemyśleć.

EM: Twoim motto jest „bądź sobą”. Dziś, w erze mediów społecznościowych i presji wizerunku bycie autentycznym w branży muzycznej jest łatwiejsze czy trudniejsze niż wtedy, gdy zaczynałaś?

SQ: To po prostu inny rodzaj branży. Teraz rządzą media społecznościowe. Jeśli jesteś artystą, musisz w nich być. Jesteś w pewnym sensie wrzucony w świat Internetu. Więc trudno mi powiedzieć, czy presja jest większa czy mniejsza. Prawdopodobnie większa. Bo w świecie Internetu, w którym żyjemy, nie ma gdzie się ukryć. Wszystko, co robisz, jest widoczne. Nawet jeśli zagrasz słaby koncert, ktoś nagra to telefonem i wrzuci do Internetu. Musisz być jeszcze bardziej ostrożny.

EM: Twój duet z Chrisem Normanem, a konkretnie kultowa piosenka "Stumblin’ In", wciąż jest w Polsce niezwykle popularna i rozpoznawalna przez kolejne pokolenia. Czy mogłabyś przenieść nas do momentu, w którym powstała? Jaka atmosfera panowała tego dnia w studiu?

SQ: Właściwie wszystko zaczęło się w Kolonii, gdzie nagrywaliśmy mój album "If You Knew Suzi". Był tam też Mike Chapman. Poszliśmy wtedy na wielką galę rozdania nagród z gwiazdami i całą tą otoczką. A po gali odbyło się prywatne przyjęcie tylko dla znanych osób. Grał tam zespół. Chciałam zaśpiewać. Chciałam się po prostu pobawić i pojamować z zespołem. Ale nie mogłam namówić nikogo, żeby wyszedł ze mną na scenę. Pytałam przynajmniej trzech czy czterech znanych wokalistów. Wszyscy odpowiadali: „Nie, nie, nie”. W końcu spojrzałam na Chrisa i powiedziałam: „Chodź tutaj”. Złapałam go i dosłownie wyciągnęłam na scenę. Mike Chapman tam był i wszystko obserwował. Skomentował: „Podoba mi się, jak to brzmi. I podoba mi się, jak to wygląda”. Następnego ranka pojawił się w studiu. Nigdy tego nie zapomnę. Powiedział: „Suzi, usiądź przy pianinie. Dajcie mi mikrofon. Podłączcie moją gitarę. Suzi, cokolwiek zaśpiewam – graj to na pianinie”. Powiedziałam: „OK”. I zaczął: „My love is alive…”. Zagrałam tylko pół refrenu. Potem powiedział: „Dobra, wystarczy. Dajcie mi taśmę. Napiszę dziś wieczorem zwrotki”. Tak powstała ta piosenka. Ustaliliśmy też, że mój zespół zagra na nagraniu. A wokal nagraliśmy w bardzo szczególny sposób, z dwoma mikrofonami ustawionymi naprzeciw siebie, śpiewając do siebie nawzajem. Dlatego właśnie to nagranie ma taką magię. My naprawdę śpiewaliśmy to sobie prosto w oczy. I dlatego ta piosenka działa. To evergreen. Wszyscy ją kochają.

EM: Piszesz książki, nagrywasz audiobooki i tworzysz muzykę, musicale. Która z tych form pozwala ci wyrazić najwięcej prawdy o sobie?

SQ: Każda z nich wyraża inną część mnie. Jestem bardzo kreatywną osobą. Myślę, że gdyby odebrano mi scenę, a bardzo ją kocham, duża część mnie by umarła, bo uwielbiam występować przed ludźmi. Kocham to całą sobą, każdym włóknem mojego ciała. Ale jednocześnie uwielbiam pisać swoją poezję. Kocham pisać piosenki. Kocham pisać powieści. Lubię prowadzić swoje audycje radiowe. Kocham całą sztukę – każdą jej formę, którą mogę tworzyć. Jestem komunikatorem, artystką estradową i twórczynią. To ja. I wszystko to mieści się pod jednym wielkim „parasolem” sztuki.

EM: Jesteś po prostu rasową artystką.

SQ: Tak. Nie potrafię być kimś innym. Ciągle coś piszę. Ciągle o czymś myślę. Ciągle coś tworzę.

EM: Czym różni się dla ciebie pisanie wiersza od pisania piosenki?

SQ: Czasami te granice się zacierają i wszystko się miesza. Wtedy zamieniam wiersz w piosenkę. Tekst się zmienia, zmieniają się wersy, rytm, ale znaczenie pozostaje takie samo. Czasem jest też odwrotnie: masz tekst, który wydaje ci się tekstem piosenki, ale po prostu nie możesz znaleźć dla niego melodii. I wtedy zdajesz sobie sprawę, że to wcale nie jest piosenka, tylko wiersz. Więc działa to w obie strony.

W każdej z moich trzech książek z poezją są przykłady wierszy, które stały się piosenkami, i piosenek, które stały się wierszami. Nigdy nie wiadomo, w którą stronę to pójdzie. Ale ciągle znajduję inspiracje i ciągle piszę. Mam już około piętnastu czy szesnastu wierszy gotowych do mojej czwartej książki z poezją.

EM: W kwietniu odwiedzisz Polskę dwa razy. Zdradzisz czego możemy się spodziewać na tak fantastycznie zapowiadających się występach?

SQ: Od 2015 roku wykonuję mój „dream show”, to dwugodzinny koncert z przerwą. Jest w nim wszystko. Jest muzyka od 1973 roku. Są wszystkie ulubione przeboje i ulubione utwory z albumów. To naprawdę podróż przez całe moje życie. Oprócz tego, na scenie dzielę się historiami i różnymi wspomnieniami. Zagram też moje słynne basowe solo z 1979 roku, które ma już miliony wyświetleń w Internecie, i które właśnie teraz wróciło do programu koncertu. Bardzo mnie to cieszy, bo to jeden z moich ulubionych momentów występu.

EM: Dlaczego to solo wcześniej zniknęło?

SQ: Na pewien czas musiałam je zmienić. Niektórzy z perkusistów, z którymi współpracowałam po prostu nie byli w stanie zagrać go razem ze mną w pierwotnej formie. Obecny perkusista potrafi zagrać je tak jak dawniej, więc znów możemy wykonywać je w pełnej wersji i to daje ogromną frajdę. Dlatego w kwietniu będziecie mogli przeżyć ze mną prawdziwą muzyczną podróż. Cały ten koncert właśnie tym jest, podróżą przez całą moją historię.

EM: A skoro mówimy o historii... Gdybyś mogła stanąć twarzą w twarz ze swoją młodszą wersją – tą z samego początku kariery – jaką jedną radę byś jej dała?

SQ: Powiedziałabym: ciesz się. Ciesz się tym czasem. Bo bardzo szybko stanie się wspomnieniem. Podążaj za swoim marzeniem. Podążaj za nim, dokądkolwiek cię zaprowadzi, chociaż nie będzie łatwo. I nigdy, przenigdy nie przestawaj wierzyć w siebie.

EWELINA MAREK / foto: Tina Korhonen

SUZI QUATRO:

26.04. Warszawa, Arena Ursynów

27.04. Kraków, ICE

Bilety: https://www.artbilet.pl/suzi-quatro

Powiązane materiały