The Amity Affliction

WywiadMaciej MajewskiWiniary Bookings
The Amity Affliction

Post-harcore’owcy z The Amity Affliction powracają do Polski, by 29 września wystąpić na deskach stołecznej Progresji. Na tę okoliczność przepytałem wokalistę grupy Joela Bircha, który opowiedział mi przede wszystkim o turbulencjach, jakie dotknęły skład grupy w ostatnim czasie, a także o tym, jak wpłynęło to na ostatnią płytę „House Of Cards” oraz o tym, co szykują w niedalekiej przyszłości.

MM: Śledząc historię zespołu, zdałem sobie sprawę, że nie ma roku, kiedy coś się w nim nie zmieniło się lub ktoś nie odszedł z zespołu. Chciałbym na moment wrócić do poprzedniego roku, kiedy Aaron odszedł z zespołu. Jak to wpływało na „House Of Cards”?

JB: Chodzi o pozytywne wpływy? No cóż, ja nie odszedłem, Dan nie odszedł, Jon nie odszedł (śmiech). Nie jesteśmy super publicznymi ludźmi. Jesteśmy przyjaciółmi. A co do Aarona… Nie chcę się na ten temat wypowiadać. On już wylał na nas tonę gówna w Internecie, a wszystko to, o czym pisał nie jest prawdą. Był integralną częścią tego zespołu, a skończyło się tak jak się skończyło... Natomiast to, o czym mówisz odnosi się raczej do wczesnego istnienia zespołu. Pierwsze 4-6 lat w tym zespole było jak w cyrku. Wielu członków, dużo zmian składu. Co więcej - nie zarobiliśmy wówczas żadnych pieniędzy. Musieliśmy iść do pracy między trasami, by mieć jakąkolwiek kasę. Dla wielu ludzi to nie jest normalny sposób życia…

MM: Pytam o Aarona, bo był nie tylko integralną częścią zespołu, ale napisał też całą płytę „Chasing Ghosts”.

JB: To prawda, ale w ostatnich latach nie był już aż tak aktywny. Wypalił się. To Dan przejął po nim obowiązki pisania piosenek.

MM: I produkcji, bo „House Of Cards” to już jego dzieło.

JB: Tak, cała sytuacja z nagraniem była o wiele bardziej pozytywna i zdrowa. Bo to, co działo się wokół było bardzo trudne. To, co wypisywał Aaron… Byłem tym przerażony. Nie chodziło o moją formę psychiczną, tylko to, że Aaron był twarzą zespołu... A kiedy ktoś jest twarzą czegoś, to publiczne zauważenie, że wpływ takiej osoby może być nieprawidłowy, może być trudne...

MM: Mówisz, że praca nad tym albumem była zdrowa i pozytywna. Ale kiedy go słucham i porównuję go z „Not Without My Ghost”, to wydaje mi się bardziej surowy.

JB: Bo byliśmy bardzo wkurzeni. Żyliśmy w bardzo wysoko stresującej przestrzeni przez wiele lat. To jest szalona sytuacja, ponieważ było to dla nas nieprzyjemne. Przez lata tkwiliśmy w tym procesie, a potem to wszystko pękło wraz z odejściem Aarona. To on założył ten zespół na rok przed tym, zanim ja do niego dołączyłem… A że jesteśmy realistami, wiedzieliśmy, że to może nas pokonać. Rozmawiałem o tym z Danem i obaj doszliśmy do wniosku, że tworzenie zespołu dalej jest dla nas najważniejsze.

MM: Odnoszę wrażenie, że ten zespół jest dla Ciebie formą terapii… Wiem, że sam jesteś w trakcie terapii, natomiast wydaje mi się, że w The Amity Affliction kanalizują się Twoje emocje i dajesz im upust w jego ramach.

JB: Myślę, że gdy gramy na żywo, to jest to też część terapii. Ale nie myślę o tym. Robię to tak długo, że to po prostu jest część mojej egzystencji. Kiedy jestem w studiu, nie lubię całego tego procesu. Nie jestem wielkim fanem pracy studyjnej. Myślę, że ludzie, którzy nie nagrywają muzyki, nie rozumieją tego, że to jest wielka repetycja. To jest tak, że po raz kolejny, po raz kolejny i po raz kolejny robisz te same czynności, tylko z nowym materiałem. I w końcu, jak nagrywam daną piosenkę, śpiewam jej słowa tak długo, że zaczynam się zastanawiać, czy są prawdziwe (śmiech). Nie w sensie znaczenia, ale samego istnienia... Więc nagrywanie w studio nie jest dla mnie. Gdybym mógł to zrobić w śnie, to bym to zrobił.

MM: Nie lubisz nagrywania, a tworzenie?

JB: Piszę, kiedy czuję najgorzej... To jest jak rzyganie. Wyrzucam z siebie wszystko. I potem przekazuje to Danowi. Wcześniej dawałem to Aaronowi, a potem on to wszystko dopasowywał. Robię dużo korekt w studio, bo często nie pasują wersy do poszczególnych aranży. Do tego Dan jest bardzo zasadniczy i pilnuje, bym śpiewał wyraźnie. Jeśli coś jest niewyraźnie, nie odpuszcza i ciśnie mnie, aż będzie dobrze.

MM: Może nie powinien być producentem, tylko logopedą?

JB: (wybuch śmiechu) Byłby w tym dobry.

MM: W tym momencie jest was trzech w zespole?

JB: Tak, na bębnach gra Sam Bassel, który zajął miejsce Joe.

MM: Czy myślisz, że kiedykolwiek The Amity Affliction będzie miał stały skład?

JB: Nie wiem. Dan jest w zespole tylko 8 lat krócej niż ja. To nie jest w sumie tak zawiłe, jak się wydaje, bo utrzymaliśmy stały skład przez prawie dekadę. Ludzie zawsze mówią, że skład zmienia się, ale to się dzieje przez długi czas. To nie jest tak dramatyczne, jak wygląda z boku. Niektóre bandy trzymają tych samych członków i nienawidzą się siebie. Jest dużo zespołów tylko na granie tras koncertowych, którym wydaje się, że nie mogą działać bez siebie. Jeżdżą w osobnymi samochodami, mają osobne obszary backstage’u. Ja nie chciałbym tak nie robić.

MM: Wasze piosenki mają bardzo gładką strukturę – łatwo możemy rozróżnić partie basowe, elektroniczne, melodie, bębny i gitary. To wydaje się idealnym rozwiązaniem dla wszystkich remikserów. Czy ktokolwiek remiksował wasze piosenki na przestrzeni lat?

JB: Tak. Mamy kilka osób, którzy to robią. W tej chwili robimy coś w tej kwestii z pewną australijską artystką, o której nie mogę mówić. Ale pracujemy z nią nad czymś, co powinno być całkiem fajne. Mogę tylko powiedzieć, że wywróci kilka piosenek z „House Of Cards” do góry nogami. Czekamy na rezultaty.

MM: Myślicie już o całkowicie nowej płycie, czy jest to zbyt wcześnie?

JB: Nie, już piszemy. Nie zatrzymujemy się. Cały czas powstają nowe rzeczy. Nie mamy deadline’u. Piszemy swobodnie, więc pewnie będziemy najpierw wypuszczać single, a potem cały album.

THE AMITY AFFLICTION

Support: Silent Planet, Varials, Orthodox

29.09.2026 / Warszawa, Progresja

Bilety: https://winiarybookings.pl/kup-bilety/the-amity-affliction-warszawa-w1n1ary-warszawa-wrzesien-2026

Powiązane materiały