The Ocean

Co pozostaje, kiedy kończy się świat, który znaliśmy? Dla The Ocean odpowiedź nie prowadzi ku ciszy, lecz w kosmos — na pokład statku ratunkowego, w stronę nieznanego, być może ostatniego schronienia. Na "Solaris" Robin Staps zamyka geologiczną sagę zespołu, ale nie proponuje zwyczajnej zmiany scenerii. To opowieść o ucieczce i nadziei, o granicach ludzkiego poznania, pamięci i rzeczywistości, która nie zawsze daje się odróżnić od własnego odbicia. Zarazem album staje się symbolicznym początkiem na nowo: po 25 latach działalności, zmianach personalnych i zamknięciu jednego z najważniejszych rozdziałów The Ocean redefiniują własną tożsamość. Z liderem grupy, Robinem Stapsem, rozmawiamy o Tarkowskim i Lemie, symulakrach, muzyce, która nie uznaje pośpiechu, oraz o sztuce pozostawiania pytań bez odpowiedzi. Zespół przyjedzie do Polski, by promować Solaris: 8 grudnia wystąpi w krakowskim Hype Parku, a 9 grudnia w warszawskiej Proximie.
Ewelina Marek: Muzyka The Ocean od lat była silnie związana z geologią i historią Ziemi. Co skłoniło cię do zwrócenia się w stronę kosmosu?
Robin Staps: Chodziło mi to po głowie już w 2020 roku, kiedy pracowaliśmy nad "Holocene", a ja jednocześnie zajmowałem się "Solaris". Już wtedy było jasne, że "Holocene" będzie ostatnim albumem zamykającym tamten cykl. Chciałem zostawić za sobą serię albumów koncepcyjnych skupionych na historii Ziemi i spojrzeć w przyszłość, zamiast w przeszłość. Jednocześnie znaleźliśmy sposób, żeby te albumy płynnie połączyć. Nie planowałem tego. To po prostu wydarzyło się w trakcie pracy, niejako samoistnie.
EM: Jak połączyć dwa nierozłączne a jednak zupełnie inne światy?
RS: "Holocene" kończy się utworem „Subatlantic”, który przedstawia dystopijną wizję Ziemi, która stała się niezdatna do zamieszkania i została zniszczona przez klęski żywiołowe, zmiany klimatyczne i podobne zjawiska. To również opowieść o ludziach, którzy próbują uciec z tej planety i zostawić ją za sobą. Jednym z ostatnich wersów tekstu tego utworu jest: „Prepare for Departure” – „Przygotujcie się do odlotu”. I właśnie tym kończy się "Holocene". Natomiast "Solaris" rozpoczyna się utworem o odlocie, opowieścią o samej podróży. To historia kosmicznej ucieczki na pokładzie statku ratunkowego przemierzającego kosmos w poszukiwaniu jakiegoś utopijnego miejsca. Oczywiście nawiązujemy tutaj do filmu "Solaris". W gruncie rzeczy jest to opowieść o tej podróży, przedstawiona jednak w formie rejsu statkiem, jakby rozgrywała się w dawnych czasach. Taki był zasadniczy pomysł. W ten sposób "Solaris" łączy się z "Holocene", ale jednocześnie zdecydowanie pozostawia ten album i cały poprzedni rozdział za sobą.
EM: Osią albumu są odniesienia geograficzne w tytułach. Intrygują współrzędne Berlina i Patagonii.
RS: Pomysł polega przede wszystkim na tym, że album rozpoczyna się i kończy tymi samymi dźwiękami czelesty. Jeśli odtworzysz go w pętli, nie będziesz w stanie rozpoznać, gdzie właściwie się zaczyna, a gdzie kończy. Dopiero po wielokrotnym przesłuchaniu płyty zaczynasz dostrzegać, gdzie znajduje się jej początek i koniec. Chcieliśmy stworzyć album przypominający Ouroborosa – węża pożerającego własny ogon, który można odtwarzać w nieskończoność. Na poziomie narracyjnym sensowne było więc rozpoczęcie i zakończenie albumu podaniem współrzędnych geograficznych.
EM: Czy mają one jakieś szczególne znaczenie?
RS: Współrzędne pojawiające się w utworze otwierającym wskazują miejsce w Berlinie, w którym narodził się pomysł na tę płytę. To właśnie tam powstał album i tam wszyscy się poznaliśmy. Można więc powiedzieć, że jest to początek naszej wspólnej historii. Album kończy się natomiast w Patagonii, w miejscu wskazanym przez współrzędne pojawiające się w „Ultima Esperanza”, ostatnim utworze przed „Milk of My Dreams”. Ultima Esperanza oznacza po hiszpańsku „ostatnią nadzieję”. To symboliczne odniesienie do nadziei jako cechy głęboko zakorzenionej w ludzkiej naturze, czegoś, co jest dla człowieka niezwykle fundamentalne. Jednocześnie Patagonia symbolizuje również klasyczną granicę nieznanego świata, do której zmierzali odkrywcy minionych stuleci – niezbadane terytorium na drugim końcu świata. Mamy więc do czynienia z dwoma znaczeniami. Z jednej strony jest to granica nieznanego, a z drugiej – powrót do domu, ponieważ współrzędne prowadzą nas z powrotem do miejsca, w którym rozpoczęła się historia tego albumu.
EM: "Solaris" powstał po konkretnych zmianach w składzie The Ocean. Brzmi jak początek nowego rozdziału.
RS: Tak, zdecydowanie. To nowy rozdział pod każdym względem. Mam na myśli zarówno nowe osoby, które dołączyły do zespołu, jak i wszystko, co się z tym wiąże. W zasadzie czuję, jakby to był zupełnie nowy zespół. To dla mnie bardzo świeże i dające satysfakcję doświadczenie. Mam poczucie, że jest to coś, co po prostu musiało się wydarzyć. Również pod względem tematycznym jest to odejście od wcześniejszej serii albumów koncepcyjnych, którą zamknęliśmy wraz z "Holocene".
EM: Nowa wokalistka Lane Shi wnosi do zespołu zupełnie nową energię. Co najbardziej zmieniło się w muzyce The Ocean dzięki jej obecności?
RS: Lane dzięki swojemu zaangażowaniu, kreatywności i podejściu do komponowania partii wokalnych nadała istniejącemu już materiałowi zupełnie nowy kierunek i koloryt. Jej sposób tworzenia wokali jest znacznie bardziej intuicyjny – wypływa z samego wnętrza człowieka, z głębi duszy.
EM: To wiele mówi o jakości Waszej współpracy.
RS: Praca z nią jest bardzo interesującym doświadczeniem, ponieważ wiele utworów The Ocean powstaje w dość architektoniczny sposób. Wszystko jest bardzo drobiazgowo zaplanowane, a poszczególne partie starannie konstruowane, niczym elementy przemyślanej struktury. Ona natomiast ma bardzo intuicyjne podejście do sztuki i muzyki. Wiele partii wokalnych, które ostatecznie znalazły się na płycie, zostało zarejestrowanych już przy pierwszym podejściu. Lane po prostu zamyka oczy i zaczyna śpiewać – cokolwiek w danej chwili z niej wypływa. Bardzo interesujące było zestawienie tych dwóch podejść, ponieważ stanowi ono wyraźny kontrast wobec sposobu, w jaki budowana jest instrumentalna warstwa naszej muzyki.
EM: Czy od samego początku wiedziałeś, że te dwa głosy powinny tak mocno ze sobą kontrastować?
RS: Nie, szczerze mówiąc, wcale nie taki był plan. Kiedy poprzedni skład się rozpadł, początkowo myślałem o tym, żeby kontynuować działalność zespołu w formule instrumentalnej. Trudno było mi sobie wyobrazić znalezienie wokalisty, który potrafiłby robić to, co wcześniej robił Loïc. Miałem problem, żeby wyobrazić sobie kogoś, kto mógłby go zastąpić. Pomyślałem więc, że przecież zawsze wydawaliśmy również albumy instrumentalne. Może nadszedł po prostu czas, żeby The Ocean rozpoczęło instrumentalny rozdział swojej działalności. Wszystko zmieniło się, kiedy mniej więcej w tym samym czasie, wiosną ubiegłego roku, poznałem Enrico i Lane. Nagle pojawiła się perspektywa kontynuowania działalności z wokalami, możliwości wykonywania starszego materiału, ale także pisania i grania zupełnie nowych utworów.
EM: Co na to reszta zespołu?
RS: Wszyscy byliśmy podekscytowani wizją umieszczenia na płycie dwóch tak bardzo kontrastujących ze sobą głosów. Początkowo liczyłem jednak po prostu na znalezienie jednego wokalisty, który potrafiłby również grać na gitarze lub basie. Chciałem zmniejszyć skład z pięciu do czterech osób, a ostatecznie zamiast tego rozbudowaliśmy go z czterech do sześciu.
EM: To chyba spore wyzwanie biorąc pod uwagę trasę koncertową?
RS: Nie zawsze będziemy występować w pełnym, obecnym składzie, który obejmuje trzech gitarzystów, basistę, perkusistę i dwójkę wokalistów. Nie na każdym koncercie pojawią się wszyscy. Podczas większości tras będziemy występować w pięcio- lub sześcioosobowym składzie, a tylko sporadycznie w siedmioosobowym. Być może zorganizujemy też jakieś specjalne wydarzenia, podczas których na scenie pojawi się nas więcej – tak jak miało to miejsce podczas koncertów "End of an Eon", wieńczących cykl "Holocene". W nadchodzącym cyklu koncertowym będziecie więc widywać na scenie różne osoby występujące z nami. To część idei kolektywu.
EM: Każdy koncert będzie zawierał w sobie część niespodzianki dla fanów?
RS: Chcemy, żeby The Ocean było swego rodzaju płynnym, zmiennym organizmem, w przypadku którego publiczność nie zawsze wie, czego może się spodziewać. Nagrane przez nas albumy – nie tylko "Solaris", ale również wcześniejsze wydawnictwa – tr:aktujemy jako punkty odniesienia, ale nie dążymy do tego, żeby odtwarzać je na żywo w stu procentach dokładnie tak, jak brzmią na płytach.
EM: Czyli wcześniejsze utwory znajdą też miejsce w repertuarze.
RS: Zaczęliśmy również wracać do starszego materiału, sięgającego jeszcze czasów "Heliocentric". Próbujemy na nowo interpretować te utwory z wykorzystaniem nowego składu. Otwiera to wiele możliwości wykonywania ich w sposób, w jaki nikt wcześniej ich nie słyszał. Myślę, że dokładnie to samo chcemy zrobić z "Solaris". Podczas koncertów nie zamierzamy odtwarzać albumu dokładnie w takiej postaci, w jakiej został nagrany. Chcemy tworzyć własne interpretacje naszych utworów, zależne od tego, kto w danym momencie będzie z nami na scenie.
EM: Dużym wyzwaniem jest też chyba utwór podzielony na trzy części - „Simulacra”, która trwa ponad 17 minut. Imponująca długość.
RS: W przypadku tej płyty większość utworów oscyluje pod względem długości wokół dziesięciu minut. „Departure Song”, „Light Pollution”, „Belligerence” i „Ultima Esperanza” trwają mniej więcej po dziesięć minut. „Simulacra” jest wyjątkiem – to jedyny utwór, który jest dłuższy. Oczywiście dziesięć minut to już całkiem sporo. Ciekawe jest jednak to, jak ewoluowało moje podejście do komponowania, ponieważ dawniej również pisałem krótsze utwory. Jeśli spojrzysz na "Fluxion" czy "Aeolian", znajdziesz na tych albumach kompozycje trwające zaledwie pięć lub sześć minut. Z czasem zacząłem jednak skłaniać się ku dłuższym formom. Myślę, że każdy utwór w naturalny sposób dochodzi do momentu, w którym wszystko zostało już powiedziane. Tyle że moment ten może nadejść w bardzo różnym czasie. Czasami osiągasz go po pięciu minutach, a innym razem potrzeba na to siedemnastu czy osiemnastu.
EM: Co wpłynęło akurat na długość tego utworu?
RS: „Simulacra” to utwór, który po prostu nieustannie się rozwijał. Jego aranżacja jest bardzo wielowarstwowa, niemal pudełkowa. Poszczególne sekcje są osadzone wewnątrz większych, nadrzędnych części kompozycji. Pojawiają się też powtórzenia określonych fragmentów i struktur, które słyszeliśmy już wcześniej. To dość złożona konstrukcja. Na krótko przed rozpoczęciem miksowania, planowałem nawet skrócić tę kompozycję. Wtedy jednak Manu dograł do jego końcowej części dodatkowe partie gitar akustycznych. W rezultacie kompozycja stała się jeszcze dłuższa, ponieważ to, co nagrał, okazało się po prostu tak piękne. Często na ostateczny kształt utworu ogromny wpływ ma również to, co wnoszą do niego pozostali muzycy.
EM: Wymagająca kompozycja.
RS: To najdłuższy utwór, jaki kiedykolwiek skomponowaliśmy. Nie jestem pewien, czy będziemy wykonywać go na żywo. Kusi mnie, żeby spróbować, ale to naprawdę spore wyzwanie ze względu na jego długość. Jestem ciekaw, jak ostatecznie się to potoczy.
EM: Nietypowe jak na dzisiejsze czasy.
RS: Tak. To wartość, która coraz bardziej ginie w świecie Spotify i cyfrowego streamingu, gdzie wszystko jest dostępne na wyciągnięcie ręki. Wielu ludzi, kiedy jakiś utwór pojawia im się w algorytmie Instagrama, słucha zaledwie pierwszych trzydziestu sekund. Dlatego uważam, że "Solaris" jest swego rodzaju antytezą tego zjawiska. To album, który wymaga czasu. Album z bardzo długimi kompozycjami. Trzeba być gotowym, żeby w pełni się w niego zanurzyć i odkryć jego piękno.
EM: 17 minut utworu jest chyba trochę jak wejście w trans jednej opowieści? Albo jak film krótkometrażowy?
RS: Sam słucham dużo muzyki, która wymaga czasu. Uważam, że to ważne. Kiedy obcujesz ze sztuką i muzyką, powinieneś mieć w sobie pewną dozę cierpliwości. Musisz być na to gotowy. Musisz pozwolić sobie na takie doświadczenie. Film "Solaris" jest tego najlepszym przykładem. To dzieło, które bardzo powoli odsłania swoje znaczenia. Sam utwór muzyczny również jest bardzo długi. Naprawdę trzeba poświęcić mu czas, usiąść wygodnie i nie pozwolić, żeby cokolwiek cię poganiało.
EM: Autor filmu Andriej Tarkowski, jak i autor książki o tym samym tytule Stanisław Lem zgłębiają ideę człowieka konfrontującego się z czymś, czego nie jest w stanie w pełni zrozumieć. Co najbardziej zainteresowało cię w tym aspekcie?
RS: Ocean, będący swego rodzaju pozaziemskim źródłem inteligencji, to oczywiście doskonałe źródło inspiracji dla zespołu o nazwie The Ocean i dla albumu o takim tytule. Od dawna chciałem nagrać płytę, która czerpałaby z tego filmu. Muszę jednak powiedzieć, że moim głównym punktem odniesienia jest raczej Tarkowski niż Lem. Co ciekawe, Lem nie przepadał za filmem Tarkowskiego. To dość zabawne. Ja najpierw obejrzałem film, a dopiero później przeczytałem książkę. Moje spojrzenie na "Solaris" ukształtował więc przede wszystkim język obrazów Tarkowskiego, który uważam za niezwykle piękny.
EM: Jest w nich wiele niedopowiedzeń...
RS: Cały film stawia mnóstwo pytań, ale udziela bardzo niewielu odpowiedzi. To coś, co w sztuce szczególnie sobie cenię. Przez cały film nie jest do końca jasne, co właściwie obecność oceanu robi z ludźmi. Nie chodzi też o to, że przywraca on coś z przeszłości. Przywołuje raczej lustrzane odbicia. Jednocześnie nie wiadomo, czy są to odtworzenia rzeczywistych doświadczeń, czy jedynie wytwory ludzkiej wyobraźni. Jest to niezwykle interesujące również w kontekście tego, jak postrzegamy dziś rzeczywistość w ponowoczesnym świecie. Stykamy się w nim z wieloma zjawiskami, które w filozofii postmodernistycznej opisywali później tacy myśliciele jak Baudrillard i Gilles Deleuze jako symulakra – obrazy i pozory, które nie mają rzeczywistego odpowiednika, nie są odzwierciedleniem niczego istniejącego w rzeczywistości. Nie jestem jednak pewien, czy Tarkowski już w swoim filmie nawiązuje do tej idei. Kiedy go oglądam, mam właśnie takie wrażenie. Trzeba jednak pamiętać, że film powstał w 1972 roku, a więc dość dawno temu.
EM: Co najbardziej ujęło Cię w tej opowieści?
RS: Zawsze fascynuje mnie to, co dzieje się, kiedy próbujesz dostrzec pewne paralele albo kiedy same pojawiają się w twojej wyobraźni, ale nie masz pewności, czy autor rzeczywiście zamierzał je zawrzeć w swoim dziele. Czy też są to wyłącznie nasze interpretacje. Liczy się to, że dzieło sztuki pobudza wyobraźnię, skłania do zadawania własnych pytań, a ostatecznie pozwala nam wypracować własne odpowiedzi.
THE OCEAN:
08.12. Kraków, Hype Park
09.12. Warszawa, Proxima

