Artur Rojek - Chciałbym Urodzić Się Żeby Latałem

Długość dźwięku wrażliwości w wykonaniu Artura Rojka wciąż trwa. Ile to już lat? Od solowego debiutu dojrzałego już artysty minęła ponad dekada (2014 – „Składam się z ciągłych powtórzeń”), od pierwszej płyty Myslovitz ponad trzy dekady (1995 – „Myslovitz”). Adekwatnie do artystycznego doświadczenia ewoluuje też wrażliwość, która na najnowszym albumie „Chciałbym urodzić się żeby latałem” eksploduje w wyjątkowo dojrzałej formie.
Artur Rojek wraca po sześciu latach z albumem, który zasługuje na podkręcenie vol. W rojkowej twórczości od lat jedno się nie zmienia – główną rolę w utworach pełnią teksty. Tym razem są to mocno emocjonalne obrazy przeszłości, ale najważniejszy pozostaje człowiek, który nauczył się patrzeć na siebie bez potrzeby ciągłego stawiania siebie w centrum.
Sam tytuł to autentyczne marzenie syna artysty: nierealne, niewinne, a jednak absolutnie prawdziwe. Trudno o lepszą metaforę albumu, na którym dorosły człowiek wraca do własnego dzieciństwa nie po to, żeby je zrekonstruować, ale sprawdzić, co z niego w nim zostało. Stąd dzieciństwo, rodzicielstwo, cielesność, kompleksy i rzeczy, które potrafią usadowić się w głowie na całe życie.
Najmocniej opowiada o tym „Gruby, mały” – szczery utwór o wstydzie, samokrytycyzmie i doświadczeniach, które mogą przez lata wpływać na dorosłe życie. Rojek nie proponuje prostego rozwiązania. Jak mówi w wywiadzie dla Onetu, tego, co wydarzyło się w dzieciństwie, nie da się wymazać. Można natomiast to poznać, zrozumieć i nauczyć się nad tym panować.
W „Mówiłem ci już” klaruje się doświadczenie ojcostwa. Pojawienie się dzieci odciągnęło Rojka od samego siebie, przesuwając punkt ciężkości z własnych lęków i przyszłości na życie drugiego człowieka. Nie jest to jednak opowieść o nagłym „uzdrowieniu”. Dorosłość oznacza tutaj raczej świadomość własnych cech, ciągłą pracę nad sobą i uważność.
W „Mirafiori” pamięć działa inaczej – przez obraz. Lato, wakacje, Fiat, lody Bambino, włoska muzyka filmowa z lat 70. Drobne elementy układają się w cały świat, którego już nie ma. I właśnie dlatego prywatność tych piosenek nie zamyka ich w prywatnym świecie autora. Im głębiej Rojek zagląda we własną pamięć, tym więcej miejsca zostawia słuchaczowi na jego własne wspomnienia.
Poezję w tekstach świetnie dopełnia muzyka. Olek Świerkot kreuje przestrzeń, która nie dominuje nad opowieścią, a dodatkowego charakteru nadają albumowi smyczki Zbigniewa Preisnera. Wieloletnia przyjaźń obu artystów po raz pierwszy znalazła tu ujście we wspólnie pokazanej światu muzyce. Rojek podkreśla niezwykłą uważność Preisnera – nawet pojedyncze słowo może wymagać własnego dźwiękowego akcentu. Ta wrażliwość dobrze spotyka się z rojkową potrzebą opowiadania o rzeczach naprawdę przeżytych.
Włoski trop obecny w „Mirafiori” czy „Sophia Loren Słupnej Park” nie jest stylizacją na siłę. Rojek i Świerkot czerpią z fascynacji włoską muzyką filmową, przede wszystkim twórczością Morricone, Umilianiego i Alessandroniego, pozwalając jednak, by ten klimat pojawił się naturalnie.
Także goście pozostają częścią tej opowieści. Dawid Podsiadło w „Yeti” i Kortez w „Nauce tęsknoty” nie są ozdobnikami. Rojek nie stawia się przy tym w roli mentora – sam podkreśla, że od młodszych artystów również się uczy, a u Podsiadły podziwia lekkość pisania. „Nauka tęsknoty” pokazuje, jak subtelnie artysta potrafi pracować z emocją. Niczego nie trzeba tu dopowiadać ani przesadnie podkreślać. Utwór zostawia z uczuciem, które zaczyna pracować dopiero po wybrzmieniu ostatniego dźwięku. Dziesięć piosenek, prawie 39 minut. Bez przeciągania, ale też bez pośpiechu. Rojek nie przyśpiesza.
Dziecięce kompleksy, rodzinne historie, dawne miejsca i obrazy nie znikają. Zmienia się jednak sposób patrzenia na nie. Artur Rojek nie próbuje ich wymazać ani poprawić. To płyta o przeszłości, która nie chce odejść, ale i o teraźniejszości, która wreszcie nauczyła się jej słuchać.












