Paul McCartney - The Boys Of Dungeon Lane

Na swojej 20 solowej płycie “The Boys Of Dungeon Lane” Sir Paul McCartney wraca do czasów dzieciństwa w Liverpoolu.
Poprzedni album McCartneya był naznaczony piętnem pandemii. W przypadku “The Boys Of Dungeon Lane” materiał powstawał w kilku segmentach czasowych oraz różnych studiach, aczkolwiek kluczowa jest tu osoba Andrew Watta, który w ostatnich latach wyrósł na najważniejszego producenta płyt z kręgu daddy rocka (The Rolling Stones, Pearl Jam, Iggy Pop, Elton John). To właśnie on namówił eks-Beatlesa na grę na wszystkich instrumentach. Początkowo Sir Paul był sceptyczny, także wobec nieustępliwości producenta. Szybko jednak przekonał się, że za jego intencjami kryje się entuzjazm i jak najlepszy rezultat nagraniowy. To sprawiło, że nie tylko przystał na sugestie, ale także dał producentowi twórcze pole do popisu (Watt jest współautorem 5 kompozycji na płycie).
Cała płyta wydaje się zarówno opowieścią opartą na wspomnieniach, jak i… najlepszą płytą McCartneya od ponad dekady. Już otwierający “As You Lie There”, zainspirowany młodzieńczą fascynacją Paula dziewczyną o imieniu Jasmine, przenosi słuchacza do czasów niewinności i niepewności. Zaczynający się od deklamacji ‘spoken word’, numer szybko przechodzi w kapitalny post-beatlesowski groove i takiż refren. Inaczej rzecz ma się z “Lost Horizon”, który sięga sesji do płyty “Off The Ground” sprzed 33 lat, który został dość wiernie odwzorowany z wersji demo, zyskując współcześniejsze brzmienie, a jednocześnie przypomina nieco nagrania Toma Petty'ego. Z kolei “Days We Left Behind”, wybrana na pierwszego singla z płyty, to kolejna retrospektywna pieśń na płycie i to w niej pojawiają się tytułowi ‘chłopcy z Dungeon Lane’. Sam McCartney niemile ich wspomina, aczkolwiek oddaje im miejsce jako element dawnego krajobrazu ‘jego Liverpoolu’. Sama piosenka przypomina nieznacznie o metryce autora, aczkolwiek odznacza się uroczą nostalgią.
Przez lata spędzone zarówno w The Beatles, jako członek Wings oraz jako artysta solowy, Paul McCartney niejednokrotnie raczył nas wzorowymi piosenkami miłosnymi. Do tej puli włączyć można teraz także “Ripples In A Pond” - wyraźnie rockową, acz chwytliwą i zgrabnie płynącą. Natomiast do grona pieśni przygodowych zaliczyć można “Mountain Top”, która w sobie coś z ducha późnych The Beatles (zwłaszcza pod koniec, gdy zupełnie zmienia się jej muzyczny charakter), jaki i z beztroski lat dziecięcych. A skoro o nich mowa - “Down South” to wspomnienia podróży autostopowej na południe jaką Paul odbył razem Georgem Harrisonem. Przygód było ponoć wówczas co niemiara i tylko formuła piosenkowa ograniczyła jej narrację. Wyjątkowo oldschoolowym sznytem odznacza się natomiast “We Two” który został nagrany na czterośladzie Studer. Wymagał on atencji i skupienia, bo poszczególne partie były nagrywane raz, a następnie miksowane na wolnej ścieżce (przypominają o tym także dźwięki przewijanej taśmy na końcu utworu). W konsekwencji powstała bodaj najbardziej beatlesowska kompozycja z płyty, a słuchając jedynie słów refrenu, możemy się domyślać, że McCartney śpiewa tu o Johnie Lennonie.
Przyznaję, że najmniej do zawartości “The Boys Of Dungeon Lane” pasuje żwawe i rytmiczne “Come Inside”. Nie kryje się za nim nic szczególnego, bo jak mówi sam autor: to po prostu rockowa piosenka. Z kolei ducha brzmień rodem z Kalifornii lat 70., miał przywołać utwór “Never Known”. Swoją drogą, ta dla odmiany smutna pieśń miłosna zyskała jeden z pogodniejszych aranży z całej płyty. Ale jednym z jej kluczowych momentów jest utwór “Home To Us”, gdzie gościnnie zaśpiewał i zagrał na bębnach Ringo Starr. To pierwsze spotkanie wokalne eks-beatlesów w ich wieloletniej historii. Zaś dodatkowe wokale zaśpiewały tu Chrissie Hynde z The Pretenders i Sharleen Spiteri z grupy Texas. Skład gwiazdorski, a sama piosenka opowiada o miejscach, z których wywodzą się Ringo i Paul. Nie były to bogate dzielnice i trzeba pamiętać, że naznaczone były stratami i traumami II wojny światowej. Ale dla nich - jak sami radośnie śpiewają - był to po prostu dom. To wspaniała piosenka. Nie zdziwię się, jeśli Ringo włączy ją do repertuaru swojego All-Star Band.
Natomiast “Life Can Be Hard” to jedyna kompozycja na płycie, odwołującą się do wspomnianego już okresu pandemii. Mimo dość jednoznacznego tytułu, autor patrzy z optymizmem w przyszłość, a partie smyczkowe, zagranw pod batutą Bena Fostera, ładnie uzupełniają całość utworu. Z kolei akustyczna “First Star Of The Night” powstała ponoć podczas tropikalnej ulewy na Kostaryce. I tak jak i w poprzedniku - McCartney kieruje się optymizmem, mimo nie sprzyjających warunków. Ale najbardziej poruszająco wypadają ostatnie dwie kompozycje, które Paul poświęcił swoim rodzicom. “Salesman Sale” odnosi się do trudów wychowania dzieci w okresie powojennym. W takich warunkach McCartneyowie radzili sobie najlepiej, jak mogli. To hołd dla rodziców Paula - dla ich wysiłków i znoju tamtych dni. Pod koniec utworu pojawiają się nawet motywy nawiązujące do muzyki, jakiej słuchali Jim i Mary McCartney. Ale to właśnie jej Paul poświęcił ostatni na płycie “Momma Gets By”. Jego matka zmarła na raka dość niespodziewanie, gdy ten miał 14 lat. W tej wstrząsającej kompozycji (momentami łamiącym głosem) autor wspomina ją i jej oddanie codziennym obowiązkom. Przyznam, że to jedna z najpiękniejszych piosenek, jaką słyszałem w tym roku i jednocześnie wspaniałe zwieńczenie płyty artysty, który od dawna nic nie musi, a ciągle chce. Pozostaje czekać na koncerty Sir Paula. Być może nie będą to już trzygodzinne widowiska z przebojami The Beatles, Wings i samego McCartneya, ale z drugiej strony… czemu nie?










