T.Love - Orajt

Po powrocie w klasycznym składzie na "Hau! hau!" i późniejszych personalnych turbulencjach (rozstaniu z Jankiem Benedkiem i Sidneyem Polakiem – filarami grupy) T.Love wchodzi w nowy etap. Mniej sentymentalny wobec własnej legendy, za to wyraźnie skupiony na tym, żeby dowieźć solidną, gitarową płytę. I to się udaje.
"Orajt" to album świadomy swojego DNA, oparty na luzie i gitarowym kręgosłupie, który trzyma całość w ryzach. Jest przy tym bardzo chłopacki, w charakterystycznym, niepodrabialnym stylu zespołu. Co ciekawe, pod tą warstwą energii kryje się coś jeszcze: trudno oprzeć się wrażeniu, że nowy materiał działa terapeutycznie. Wyznania wplecione w utwory uruchamiają refleksje i nadają całości dość osobisty wymiar.
„Te buty piją i ja piłem też, żona to wie i moi kumple też” – śpiewa szczerze Muniek Staszczyk w „Butach”, które biegną w stronę klasycznego rock’n’rolla i country. Ujmuje też tekst o miłości w „Najpiękniejszych” autorstwa Mateusza Matejczuka – Muniek kontrastuje go energią, zapraszając do żywiołowego wykonania WaluśKraksaKryzys.
Ale prawdziwe mięso pojawia się gdzie indziej. Nocą, nad Warszawą, wisi „Księżyc nad Rakowcem”, jeden z najmocniejszych momentów płyty pod względem intymności i szczerości. Staszczyk śpiewa tu o przemijaniu i stracie tak przejmująco, że tęsknimy razem z nim. Z kolei dziwna historia o „Melanii” i „Poseł RP” pokazują, że kiedy T.Love skręca w bardziej nieoczywiste rejony, robi się naprawdę ciekawie – trochę psychodelii, trochę obserwacji społecznych, zero banału.
W pamięci zapada „Mimo wszystko” z udziałem Sarsy, numer lekki, radiowy, ale nieprzesłodzony, czyli dokładnie taki, jakiego oczekuje się od dobrze napisanego singla. Muniek Staszczyk najwyraźniej tęskni też za magią słowa. W utworze „Agnieszka” kłania się Agnieszce Osieckiej, przypominając, że kiedyś w piosenkach liczyło się coś więcej niż chwytliwy wers i szybki efekt.
Jak w takim razie tekstowo wypada "Orajt"? Klasycznie Muńkowo: trochę świata, który się chwieje, trochę polityki jako groteski, trochę rock’n’rollowej autobiografii i sporo uważnych obserwacji ludzi. Bez moralizowania, z pozycji gościa, który już wszystko widział i ma wiele dystansu do rzeczywistości.
"Orajt" nie jest żadnym przełomem, w końcu T.Love nie musi dziś niczego redefiniować. Ta płyta działa, bo jest równa, spójna i po prostu dobrze napisana. Największy atut? Słucha się jej z przyjemnością, od pierwszego do ostatniego numeru.
EWELINA MAREK











