Triggerfinger - Tarmac

RecenzjaJakub OślakTriggerfingerHufter BV2026
Triggerfinger - Tarmac

Czołowy belgijski zespół rockowy Triggerfinger – często porównywany do The Black Keys czy Queens of the Stone Age – przynosi pierwszy od blisko 10 lat nowy materiał studyjny.

Po blisko dekadzie od wydania ich ostatniego albumu studyjnego, Triggerfinger przynosi nowy materiał, nagrany na nowych zasadach i w nowym układzie. Od czasu „Colossusa” ta czołowa belgijska formacja rockowa przeszła bardzo wiele, od niewątpliwych wzlotów po czas smutku, kiedy z zespołem i światem rozstał się Monsieur Paul Van Bruystegem. Takie chwile zmuszają muzyków do pytań egzystencjalnych, na które odpowiedzią okazał się ich nowy album „Tarmac”.

Triggerfinger są teraz duetem – Ruben Block i Mario Goossens, czym jeszcze bardziej upodobnili się do The Black Keys, ich naturalnego porównania, które towarzyszy im od samego początku. Na basie pomaga im Geoffrey Burton, ale w studio przy „Tarmacu” pracowali wyłącznie Ruben i Mario oraz producent Mitchell Froom – ten sam, który wsparł nagranie „Colossusa”. Tym razem, zamiast przejąć stery, Froom odbił piłeczkę do muzyków, aby nagrali to, czego chcą oni sami.

Na tym polega zasadnicza różnica pomiędzy „Tarmac” a „Colossus”, chociaż już wtedy słychać było zmiany, które wybuchają dziś. Zespół stał się mniej rozrywkowy, a bardziej artystyczny; zamiast upakowywać album kolejnymi rockowymi pociskami, przy których publiczność szaleje, zaserwowali coś znacznie bardziej kombinowanego, frapującego, zachęcającego do zatrzymania się i pomyślenia, zamiast dociskania pedału gazu na A1 z Brukseli do Antwerpii.

Nie znaczy to, że Triggerfinger porzucili sznyt dynamicznych, alternatywnych numerów, służących dobrej zabawie publiczności. Choć w wielu przypadkach tak długi staż i próby utrzymania surowego, garażowego wrzenia kończą się rutyną, im – głównie za sprawą pamiętnego, przełomowego coveru Lykke Li – udało się wyjść z undergroundu na wielkie europejskie salony. Ta historia trwa do dziś, z coraz lepszym i bardziej intrygującym skutkiem.

Pierwsze cztery numery „Tarmaca” to ‘stary, dobry’ Triggerfinger, brzmiące dokładnie tak, jak od nich oczekujemy – samochodowy rytm, zadziorne riffy, charyzma Rubena (świetne „Come Clean”). Ale wraz z „On My Back” coś się zmienia – wdziera się artyzm, melancholia, zagubienie koncepcyjne i poszukiwanie wyjścia. To podobna ewolucja, jaka nastąpiła u The National (ich rówieśników, którzy także musieli długo czekać na globalny sukces) wraz ze „Sleep Well Beast”.

Triggerfinger są świadomi swojego wieku, co daje im pewną przewagę – dojrzałość umysłu. Właśnie ona dochodzi do głosu w drugiej połowie „Tarmac”, gdy zespół przestaje zabawiać i porywać słuchacza, a rzuca mu wyzwanie – posłuchaj, pogłówkuj, wczuj się w tekst, w rozkład kompozycji, w manewry instrumentów, w cały ten sen na jawie. Zespół nie udaje, że wszystko jest po staremu, nie stoi w miejscu, tylko idzie naprzód tam, gdzie czuje, że pójść powinien.

Właśnie tutaj upatruję całego sedna, czaru i mocy „Tarmac” – w tych emocjonalnych rebusach, jakie nawiedziły Rubena i Mario w tej jakże nowej dla nich sytuacji. Zmieniła się dynamika, zmienił się rozkład sił, musi zatem zmienić się samo brzmienie. Być może to zasługa Frooma – wyzwolił on Rubena i Mario z pozycji dostawców rozrywki, wchodząc na wyższy poziom artyzmu. To otwiera przed tym zespołem zupełnie nową komnatę i drogę do serc zupełnie nowych fanów.

TRIGGERFINGER:

24.10.2026 / Poznań, 2Progi

25.10.2026 / Warszawa, Hydrozagadka

BILETY: www.winiarybookings.pl

Powiązane materiały