Triggerfinger

WywiadGrzegorz Szklarek / foto: Charlie De KeersmaekerrTriggerfinger
Triggerfinger

"TARMAC" to nowy album belgijskiego duo Triggerfinger i jednocześnie pierwsze długogrające wydawnictwo tego zespołu od 10 lat. Już za nieco ponad 2 tygodnie grupa zawita do Polski na dwa koncerty w Poznaniu i Warszawie. Z tej okazji porozmawialiśmy z wokalistą i gitarzystą Rubenem Blockiem oraz perkusistą Mario Goossensem.

GS: Pierwsze skojarzenie, które przychodzi mi do głowy, gdy słucham „TARMAC” i patrzę na okładkę to kontrastujące ze sobą kolory czarny oraz biały. Dla mnie ten album z jednej strony jest surowy brzmieniowo, ale z drugiej strony długimi momentami - przebojowy. Czy kiedy zaczynaliście nagrywać ten krążek taki był Wasz plan, by płyta tak właśnie brzmiała?

RB: Zazwyczaj, kiedy zaczynamy pisać muzykę nie wiemy, o czym będzie album ani jak będzie brzmiał. Po prostu zabieramy się do pracy, zaczynamy łączyć akordy, a Mario podsuwa mi kilka swoich pomysłów do rozwinięcia, a ja z kolei proponuję kilka własnych. A Mitchell Fromm, który jest naszym współpracownikiem, wnosił pewne pomysły, nad którymi zaczynaliśmy pracować. Po pewnym czasie pojawia się więcej pomysłów i zaczyna to nabierać klimatu. Im więcej elementów dodajesz do muzyki, tym bardziej nabiera ona charakteru. Jeśli chodzi o teksty, to na początku czasami nie wiesz do końca, o czym piszesz, ale podoba ci się jakiś wers lub kilka wersów, kilka słów, o których myślisz: „Hej, to brzmi świetnie”. To właśnie jest najważniejsze w brzmieniu tekstu piosenki – żeby brzmiał ciekawie. Kiedy to słyszysz, przyciąga to twoją uwagę. Jest w tym rytm, co jest bardzo ważne w tekście piosenki, jest w tym groove. I w ten sposób powstaje pewien klimat. A kiedy kilka piosenek jest już bardziej dopracowanych, to ciekawie jest obserwować, jak to się dalej rozwija. A jeśli chodzi o czerń i biel w jakich utrzymana jest okładka… Lubię tę fotografię, a jej autorem jest nasz dobry przyjaciel Charlie de Keersmaecker. Jest fotografem i to właśnie on nakręcił cały materiał do teledysków, które tworzymy jako dodatek do albumu. Ale wspaniałą rzeczą w czerni i bieli jest to, że skoro nie ma tych wszystkich kolorów, zwracasz większą uwagę na wszystkie odcienie szarości pomiędzy nimi. Masz biel i czerń, ale także wszystkie różne odcienie tych dwóch barw. Dla mnie to jest równie interesujące jak kolor. Ciekawy obraz to po prostu ciekawy obraz. Ale zdecydowanie pasowało to do atmosfery, którą stworzyliśmy na albumie. Cieszyliśmy się, że nasz przyjaciel – fotograf dołączył do nas, razem zrobiliśmy zdjęcia i szukaliśmy intrygujących miejsc.

W takim przypadku czasami robi się zdjęcia dopiero po ukończeniu albumu, a potem myślisz: „No dobrze, potrzebujemy trochę materiału filmowego i innych rzeczy”. Ale tym razem wszystko działo się jednocześnie. Na przykład Charlie dołączył do nas, kiedy byliśmy w Los Angeles i w ciągu dnia pracowaliśmy w studiu lub nagrywaliśmy w domu, a on w tym czasie wychodził i szukał lokalizacji. A potem o piątej popołudniu mówił: „Znalazłem kilka miejsc”. Więc o tej godzinie przerywaliśmy pracę w studiu i wychodziliśmy, bo właśnie wtedy w Los Angeles światło staje się naprawdę niesamowite, kiedy bardzo intensywne słońce zaczyna nieco łagodnieć. Niesamowite było obserwować, jak bardzo był szczęśliwy, gdy mówił: „Mogę teraz sfotografować cokolwiek, a wszystko wygląda świetnie”. Bo w świetle jest coś wyjątkowego.

Tak naprawdę były to więc bardzo intensywne dni pracy. W ciągu dnia zajmowaliśmy się muzyką, a potem, powiedzmy o piątej, wsiedliśmy do samochodu, zakładaliśmy garnitury i ruszyliśmy na poszukiwanie tych miejsc. Ale to naprawdę ekscytujące, bo przez cały dzień tworzyliśmy muzykę, a potem dalej wykazywaliśmy się kreatywnością, próbując zrobić ładne zdjęcia lub stworzyć ciekawe kadry. Charlie też słuchał muzyki, którą tworzyliśmy. Był w studiu i uważam, że to było świetne, że szukaliśmy tych obrazów w trakcie tworzenia muzyki.

GS: O ile mi wiadomo, sposób nagrania tej płyty różnił się od tego, jaki stosowaliście przy poprzednich albumach Triggerfinger, ponieważ sesje nagraniowe odbywały się na przemian w studiu w Los Angeles i w waszych domowych studiach.

MG: Tak, myślę, że wszystko było inne. Proces tworzenia tego albumu przebiegał inaczej. Przy poprzednich płytach zazwyczaj Ruben zaczynał od pomysłu, który rzucał nam, a potem Paul i ja współpracowaliśmy nad utworem i dopracowywaliśmy go. Tym razem jednak zaczęliśmy pracować i komponować razem z Mitchellem Froomem. Mieliśmy więc mnóstwo pomysłów – mogły to być riffy, gotowe krótkie aranżacje czy cokolwiek innego. W ten sposób Mitchell wybierał utwór z tego, co mieliśmy w folderze na Dropboxie i pracowaliśmy nad nim. A potem, kiedy wróciliśmy do Los Angeles, pracowaliśmy u Mitchella nad dalszym komponowaniem. Myślę, że chyba cztery lub pięć razy jeździliśmy do LA, żeby pracować z Mitchellem. Za każdym razem, gdy wracaliśmy Ruben szedł do swojego studia, ja do mojego. Nagrywałem perkusję, Ruben zajmował się gitarami, wokalem i wszystkim innym, a Mitchell był w Los Angeles. Tak więc wszyscy pracowaliśmy w trzech różnych studiach, ale nie było konkretnego pomysłu, że to musi być gotowy produkt. Pisaliśmy i nagrywaliśmy jednocześnie. I wydaje mi się, że to Mitchell w pewnym momencie wpadł na pomysł, mówiąc:_ „No cóż, moim zdaniem brzmi to naprawdę dobrze, więc po co mielibyśmy nagrywać wszystko od nowa? Zaprośmy kogoś, kto zremiksuje ten album”._ Przy poprzednich albumach długo próbowaliśmy, a potem szliśmy do studia i nagrywaliśmy. Myślę jednak, że jako zespół szukamy też różnych podejść i sposobów tworzenia muzyki, żeby było to dla nas samych interesujące. A w przypadku tej płyty po prostu tak się stało. Nikt konkretnie nie mówił, że powinniśmy zrobić to czy tamto. Wszystko było otwarte, wszystko mogło być jakiekolwiek. Nawet w Los Angeles nie miałem zestawu perkusyjnego, więc zaprogramowałem perkusję na komputerze. Ale to dobrze, bo dzięki temu zacząłem myśleć inaczej jako perkusista. Na przykład w utworze „On My Back” stworzyłem ten zaprogramowany beat. A kiedy wróciłem z Los Angeles, zacząłem nagrywać perkusję tutaj, w moim studiu i wyszło okropnie, po prostu fatalnie. Zadzwoniłem więc do Rubena i powiedziałem: „Cóż, myślę, że powinniśmy zostawić zaprogramowaną perkusję, bo moim zdaniem jest o wiele, wiele lepsza”. I tak właśnie powinno być, bo kierujesz się intuicją. Myślę, że to lepszy pomysł niż ściśle ustalony sposób pracy.

GS: „TARMAC” to pierwszy album Triggerfinger zawierający znacznie krótsze utwory niż na poprzednich płytach. Większość z nich trwa około 2:30 - 2:40. Jeden, może dwa trwają ponad 3 minuty…

RB: Pokolenie TikToka! Myślę, że musimy przejść na 15-sekundowe kawałki…

GS: Jak Napalm Death.

RB: Tak, dokładnie (śmiech). Czasami trudniej jest napisać krótką, zwartą piosenkę niż stworzyć 7-minutowy utwór z odpowiednim klimatem. Tak już nam się zdarzało. Na poprzednich albumach mamy kilka dłuższych utworów. I to nie było celowe, że musimy pisać krótkie utwory. Tak po prostu wyszło. Zarówno Mario, jak i ja, po prostu lubiliśmy tę zwięzłość utworów. Nie zastanawialiśmy się nad tym, po prostu tak wyszło, ale to chyba dobrze?

GS: Skąd pomysł na tytuł „TARMAC”? Brzmi on dziwnie w kontekście płyty rockowej…

RB: Czasami to, co dziwne, jest wspaniałe. To nasz pierwszy album, którego tytuł nie pochodzi od nazwy utworu. Na poprzednich płytach zazwyczaj wybieraliśmy tytuł, który idealnie oddawał klimat lub ogólny nastrój albumu. Tym razem nie było jednak żadnej kompozycji, która spełniałby taką rolę. Zapisałem sobie „Tarmac” jako po prostu słowo albo jako tytuł. Bardzo mi się to słowo podobało, bo zawsze wyglądało świetnie wizualnie i brzmiało ciekawie, bo w wielu językach brzmi prawie tak samo. Co jest całkiem wygodne. „Tarmac” to też miejsce, gdzie można wylądować i skąd można wystartować. Nowy album ma pewien ogólny motyw przewodni, czyli rodzinę oraz opisuje to, jak zmienia się twoja pozycja w rodzinie w zależności od wieku. A to dlatego, że kiedy zaczynaliśmy pisać ten album, w naszym życiu osobistym, wokół nas i w naszych rodzinach działo się naprawdę wiele. Zmarła matka Mario, a moi teściowie potrzebowali opieki. Musieli trafić pod opiekę pielęgniarki i do domu opieki. I nagle zostajesz zepchnięty w sytuację, w której to ty stajesz się głową rodziny. Kiedy jesteś młody, to rodzice są najważniejsi. Opiekują się tobą, gdy dorastasz, gdy uczysz się jeździć na rowerze, gdy masz pierwszą dziewczynę lub pierwszego chłopaka i wspierają cię. A nagle sam znajdujesz się w tej sytuacji, gdy musisz się nimi zająć, a to dość intensywne doświadczenie. Jednocześnie obserwujesz, jak twoje własne dzieci odnajdują swoją drogę w życiu i wyruszają w świat, zmagając się z sukcesami i porażkami, a ty starasz się wspierać je z dystansem. To zupełnie inna dynamika. Jedno życie próbuje znaleźć dobre miejsce do lądowania, a drugie właśnie startuje. Pod tym względem bardzo podoba mi się ten obraz pasa startowego.

GS: Czy uważacie ten album za Waszą drugą debiutancką płytę? Bo minęło już 9 lat od poprzedniego studyjnego albumu Triggerfinger. Słuchając „TARMAC” czuję w nim tyle młodzieńczej debiutanckiej energii.

MG: Nie patrzyłem na to w ten sposób, ale wspaniale, że tak mówisz. Kiedy Paul z powodów zdrowotnych odszedł z zespołu w 2022 roku, nagle zaszła dynamiczna zmiana w relacjach między nami i wtedy pomyśleliśmy, że chcemy kontynuować, chcemy dalej to robić, chcemy nagrać nowy album, chcemy wrócić w trasę. Po prostu: zróbmy to. I myślę, że właśnie to się czuje na nowej płycie. Czuć, że pojawiła się nowa energia, nowy sposób tworzenia piosenek, nagle wszystko jest nowe. Nawet jeśli jesteśmy razem – a my jesteśmy razem od jakichś 20 lat – to jednak to było coś nowego, bo coś się zmieniło. Myślę, że w pewnym sensie rozpoczęła się dla nas nowa era. Zestarzeliśmy się, nie staliśmy się mądrzejsi, ale starsi. Wszystkie nasze dzieci dorosły, nagle mają po 18 lat i opuszczają dom. Chodzi mi o to, że dzieje się teraz mnóstwo zmian. To dodaje ci innej energii, wierzę, że to pozytywnej. I mam wrażenie, że pewien rodzaj głodu, który w nas tkwił, został zaspokojony. Byliśmy zdesperowani, bardzo chcieliśmy nagrać ten album, ciężko nad nim pracowaliśmy i sprawiało nam to ogromną radość. Myślę, że właśnie to słychać. Naprawdę świetnie się bawiliśmy. Nagrywanie „TARMAC” to była ogromna frajda.

GS: Myślę też, że zespołowi bardzo trudno jest powrócić po prawie 10 latach, bo zmienia się muzyka, zmienia się życie, wszystko się zmienia, zwłaszcza po pandemii…

MG: Tak, to też. Ale my nigdy nie zniknęliśmy. Nie nagrywaliśmy nowej płyty, ale jeździliśmy w trasy, graliśmy na festiwalach. Wciąż graliśmy, ale potem Paul odszedł z zespołu, zrobiliśmy z nim trasę pożegnalną, a w ciągu tych dziewięciu lat obchodziliśmy 20-lecie istnienia zespołu, więc zorganizowaliśmy trasę z tej okazji. Tak więc zawsze byliśmy aktywni i graliśmy. Jednak, jeśli chodzi o nagranie tej nowej płyty, to do tej pory nie mieliśmy na to czasu. No i potem pojawił się oczywiście COVID. Wszystko zostało przesunięte, odłożone na później i dlatego tak długo zajęło nam wydanie „TARMAC”.

GS: A jak zamierzacie przenieść ten album na koncerty na płaszczyźnie dźwiękowej? Bo ta płyta zawiera mnóstwo elektronicznych aranżacji i drobnych szczegółów aranżacyjnych.

RB: Zawsze staramy się znaleźć wersję koncertową dla utworów z każdego albumu, a czasami pierwsze płyty nagrywaliśmy już w warunkach bardziej zbliżonych do koncertowych, więc łatwiej było przenieść je na scenę. Ale ekscytujące jest też szukanie aranżacji koncertowej dla utworu, który na płycie może brzmieć zupełnie inaczej. Uważam jednak, że to interesujące, gdy utwór brzmi na żywo nieco inaczej niż na płycie, choć czasami stanowi to wyzwanie. Do tej pory udało nam się znaleźć ciekawe wersje kilku takich utworów, ponieważ już teraz gramy na żywo nowe kompozycje. Tak więc, udało nam się to osiągnąć bez użycia wielu podkładów odtwarzanych razem z nami. Mario gra na klawiszach za swoim zestawem perkusyjnym, bo czasami w refrenie pojawia się akord z klawiszy lub syntezatora, który jakby przebiega przez utwór. Ale Mario potrafi zagrać ten akord na padzie. Więc nawet jeśli refren jest trochę wolniejszy lub szybszy, albo gramy go dłużej, czy cokolwiek innego, on po prostu gra te akordy na swoim zestawie perkusyjnym.

GS: To pytanie musi paść: jak wspominacie sukces Waszego coveru utworu „I Follow Rivers” Lykke Li z 2011 roku? Spodziewaliście się takiego boomu na Triggerfinger po wydaniu tej wersji?

RB: Nie, oczywiście, że nie. To był szczęśliwy zbieg okoliczności. Czy wiesz, jak to wszystko się stało?

GS: Nie mam pojęcia.

RB: W holenderskiej stacji radiowej 3FM panowała tradycja, że zapraszano zespoły, które mogły zagrać własny utwór w stylu unplugged, ale musiały też wykonać cover piosenki z listy przebojów z danego tygodnia – z pierwszej trzydziestki. Na liście znalazł się utwór „I Follow Rivers”, ale była to tak naprawdę remiksowa wersja tej piosenki stworzona przez The Magician. Ponieważ na listach przebojów było wtedy mnóstwo muzyki tanecznej i elektronicznej, pomyśleliśmy sobie, że niełatwo jest znaleźć piosenkę, z którą moglibyśmy coś zrobić. Znaliśmy jednak oryginalną wersję utworu Lykke Li i bardzo mi się ten kawałek podobał. Brzmiał naprawdę interesująco dzięki sposobowi, w jaki ona to śpiewa oraz świetnym dźwiękom perkusji i tym podobnym elementom. Pomyślałem więc: „Hej, może to będzie coś intrygującego”. Ale to była naprawdę sprawa z ostatniej chwili, bo następnego dnia musieliśmy jechać na festiwal na północ Holandii, a koncert był bardzo wcześnie rano. Musieliśmy zacząć grać o 7:00, więc poprzedniego wieczoru zatrzymaliśmy się w hotelu niedaleko studia radiowego. I właśnie tego wieczoru opracowywałem akordy, coś w stylu: „Ok, jutro zagramy tę piosenkę, ale ustalmy, jakie są akordy". Weszliśmy do studia, a Paul zapytał mnie: „Jakie znasz akordy do tej piosenki?”. Odpowiedziałem: „Myślę, że to właśnie te”. Mario miał ten rytm na swoim telefonie, który mógł zaprogramować. Ta wersja brzmiała świetnie w połączeniu z gitarami i basem, Mario nie miał nic innego do roboty, kiedy grał beat, więc pobiegł do kuchni, przeszukał szafki i znalazł kubek. Po prostu próbowaliśmy coś sklecić na bieżąco. To po prostu działo się tu i teraz. Co mieliśmy do stracenia? Zagraliśmy tę piosenkę, a potem nagle stała się ogromnym hitem. To pokazuje, że nie wszystko musi być bardzo kosztownym remiksem autorstwa bardzo znanego producenta, żeby mogło trafić na listy przebojów. Nigdy w życiu nie przyszłoby nam do głowy, że z muzyką, którą zwykle tworzymy, moglibyśmy znaleźć się na listach przebojów, bo tam gra się zupełnie inny rodzaj muzyki. Świetnie więc, że trzech gości zagrało rano koncert na żywo, a ta wersja tej piosenki na żywo trafiła na listy przebojów.

GS: Jak myślicie, dlaczego belgijska scena rockowa jest tak bardzo ceniona i ma w sobie pewną wyjątkowość? Jesteście Wy, dEUS, Warhaus, Balthazar, Hooverphonic...

RB: Jesteśmy gdzieś pośrodku między Anglią, Francją, Niemcami oraz Szwajcarią i odczuwamy wpływ wszystkich tych kultur. Mamy naszą lokalną – jak to się mówi – muzykę ludową, która jest naprawdę autochtoniczna i która czasem się tu wkrada, a obok niej istnieje awangarda. No i są te wszystkie wpływy z Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji. Jesteśmy w tym środkowym punkcie i wszystko przyswajamy, a potem wrzucamy to do naszego własnego miksera i tworzymy z tego coś własnego.

GS: Macie już pomysły na nowe piosenki?

MG: Nagrywanie zaczęliśmy już w sierpniu. Znowu pojechaliśmy do Mitchella do Los Angeles i zaczęliśmy pracować nad nowym albumem. Tym razem nie zamierzamy tracić czasu.

TRIGGERFINGER

24.10.2026 / Poznań, 2Progi

25.10.2026 / Warszawa, Hydrozagadka

BILETY: www.winiarybookings.pl

Powiązane materiały