Fat Freddy's Drop

WywiadGrzegorz SzklarekScott TowersLive Nation Polska
Fat Freddy's Drop

Jedna z najpopularniejszych nowozelandzkich grup Fat Freddy's Drop wystąpi po raz trzeci w Polsce. Tym razem zespół zagra u nas dwa razy: 14 czerwca w warszawskiej Progresji oraz 16 czerwca w krakowskim Studio w ramach trasy z okazji 21 rocznicy wydania debiutanckiej płyty "Based On A True Story". Z tej okazji porozmawialiśmy z saksofonistą Scottem Towersem ukrywającym się pod scenicznym pseudonimem Chopper Reedz.

GS: Podczas trwającej właśnie trasy celebrujecie 21 urodziny debiutanckiego albumu „Based On A True Story”. Wiem, że nie brałaś udziału w nagrywaniu tego albumu, bo dołączyłeś do zespołu tuż po jego wydaniu, ale patrząc wstecz: dlaczego uważasz, że ta płyta ma teraz status kultowy?

ST: To dobre pytanie. Na pewno w Nowej Zelandii i Australii chodziło o oczekiwanie, że zespół nagra płytę i wyda w końcu jakąś muzykę. Do tego momentu był to wyłącznie rodzaj projektu na żywo. Były single, kilka dwunastocalowych singli i pojedyncze piosenki. Ale poza tym przez pięć czy sześć lat zespół grał bardzo dużo koncertów i budował bazę fanów. A potem ogłosił, że zrobi sobie przerwę od grania i pójdzie do studia i będzie nagrywać debiutancką płytę. Myślę, że to po prostu zbudowało wokół tego wydawnictwa pewien rodzaj ekscytacji.

W efekcie stworzyli świetne utwory, które miały swobodną i otwartą strukturę, gdy były grane na żywo, a po przekształceniu ich w studyjne nagrania, wciąż zachowywały dużo energii koncertowej. Do tego wspomniana swoboda i luz, którym nadali znacznie więcej struktury i, jak sądzę, kształtu. I myślę, że jak na debiutancki album, jest to naprawdę niesamowite dzieło.

GS: I w dodatku jest to album jest zupełnie niekomercyjny, bo piosenki trwają około siedmiu do dwunastu minut.

ST: Zgadza się. Myślę, że nigdy nie było zamiaru, aby nagle zmienić kierunek czy stworzyć coś, co byłoby pełne radiowych singli. Chodziło o uchwycenie tego, co zespół robi w tym momencie i jak lubi prezentować muzykę. I to pokazało dużo wiary, szczególnie ze strony MU (zmarłego w 2025 roku Chrisa Faiumu - założyciela i perkusisty FFD / przyp.GS), który był inżynierem i producentem większości albumu, ale też reszty chłopaków. Wtedy byli młodymi ludźmi, nie mieli pewności, czy nagrają drugi album. W takiej sytuacji chcesz, żeby twoje pierwsze dzieło było czymś, co Cię pokazuje w jak najkorzystniejszym świetle.

GS: Ale wiele osób mówi, że to drugi album zawsze jest najważniejszy, bo trzeba udowodnić, że sukces debiutu nie był przypadkiem.

ST: Tak, to ciekawa sprawa. Nagraliśmy i wydaliśmy pół tuzina albumów studyjnych, do tego dwie płyty koncertowe. Ale piosenki, które znajdują się na „Based On A True Story”, wciąż należą do najpopularniejszych i najbardziej pożądanych utworów Fat Freddy’s Drop. Kilka z nich jest wręcz ikonicznych. Na koncertach, kiedy ludzie po raz pierwszy słyszą dźwięk fortepianu z początku utworu „Ernie” albo sampla, który zaczyna „Flashback”, od razu wiedzą, co to za utwory. W ułamku sekundy pojawia się reakcja tłumu. To naprawdę świadczy o tym, jak głęboko są te piosenki zakorzenione w pamięci słuchaczy.

GS: A na drugim albumie zaczęliście nagrywać krótsze utwory singlowe, jak na przykład „Boondigga” czy „Full The Catch” . Jaka była dla ciebie różnica między tworzeniem krótszych i dłuższych piosenek?

ST: Myślę, że częściowo to się zaczęło od tego, że zaczęliśmy rozwijać umiejętność pisania piosenek. Utwory na „Based on a True Story”, w dużej mierze, powstały w ramach jam sessions, gdyż początkowo było bardzo mało pomysłów, a znaczna część tych kompozycji nie miała zakończeń i można je było rozwijać w nieskończoność. Ale zostały one ograniczone do wersji studyjnych. Może nie zostały bardzo skrócone, ale w znacznym stopniu. Pamiętam, że grałem z nimi koncert zanim wyszło "Based on a True Story". Graliśmy chyba przez półtorej godziny i w tym czasie wykonaliśmy pięć piosenek. Gdy Dallas (Tamaira - wokalista FFD / przyp.GS) zaczął rozwijać swoje umiejętności kompozytorskie, gdy dołączyła do niego reszta zespołu, w efekcie zaczęło się pojawiać coraz więcej pomysłów na muzykę. Nasze zainteresowania muzyczne zawsze były bardzo szerokie – od Jimiego Hendrixa, psychodelicznego bluesa, przez dub, jazz, pop, aż po hip hop i rap. Im więcej dźwięków absorbowaliśmy, tym więcej pomysłów pojawiało się w naszych piosenkach.

Jako grupa słuchaliśmy i słuchamy dużo Ala Greena, więc skomponowanie takiego utworu jak „Boondigga” było dla nas naturalne. Tworząc muzykę nigdy nie mieliśmy podejścia w stylu "o, naprawdę musimy napisać jakieś krótkie rzeczy". Po prostu je tworzyliśmy i jeśli te piosenki miały naturalne zakończenia i były zamknięte po prostu w takich formach je nagrywaliśmy. Nie potrzebowaliśmy i nie potrzebujemy już, żeby nasze kompozycje powstawały z jamów na żywo. Choć niektóre utwory z naszego najnowszego albumu „Slow Mo” powstały z sesji na żywo.

GS: I myślę, że ten tytuł oddaje dokładnie to czuć na tym albumie. Według mnie jest to Wasza najbardziej chilloutowa płyta.

ST: Tak, zdecydowanie. Nie mam pojęcia, jaka była Polska podczas COVID, ale w Nowej Zelandii mieliśmy dużo szczęścia, bo pierwsze lato pandemii na półkuli południowej było mniej więcej otwarte i można było w miarę normalnie funkcjonować. Ale potem wszystko się zamknęło.

Mieliśmy więc okazję zrobić pauzę w naszych życiach. Gdy jesteś muzykiem ciągle jesteś w ruchu. Gdy planujesz trasę, gdy myślisz co będziesz robić podczas tournee, jak przygotować się do wyjazdu, co będzie za 12 miesięcy, co będziemy robić za jakiś czas w studiu nagraniowym. Wciąż pędzisz przed siebie i nie spędzasz zbyt wiele czasu po prostu na byciu. Brzmi to może dziwnie, ale to prawda, bo gdy twój biznes jest związany z ciągłym podróżowaniem nie masz czasu, żeby po prostu usiąść, zrelaksować się i cieszyć na przykład tworzeniem piosenek. Od tego właśnie punktu wyjścia Dallas zaczął tworzenie tego albumu. I słychać na nim tę pauzę, to spowolnienie tempa.

GS: W zeszłym roku zmarł Chris Faiumu - lider FFD. Jaka jest przyszłość zespołu w tej chwili? Macie może jakieś nowe piosenki?

ST: Nie mamy i nie piszemy nowych piosenek. To, co robimy nowego, to wplatamy improwizowany, jamowy materiał do koncertów na bieżącej trasie, ale w nowej konfiguracji personalnej. Mamy nowego perkusistę, który obsługuje też samplery, a także basistę, który gra też na synth basie. Są niesamowitymi muzykami. I wiesz, te improwizowane fragmenty koncertów są bardzo ekscytujące i pokazują nam, co może być za rogiem, gdybyśmy usiedli i spędzili trochę czasu z tymi ludźmi na komponowaniu muzyki. Ale teraz skupiamy się na tej trasie, ale wszyscy cieszą się graniem ze sobą. Oczywiście, czasem rozmawiamy o jakiś pomysłach na nowe utwory, ale na razie nie jest to nic szczególnie poważnego czy oficjalnego.

GS: Jesteś saksofonistą i jestem ciekawy: czym jest saksofon jako instrument? Co chcesz dać ludziom dzięki temu instrumentowi?

ST: To naprawdę dobre pytanie. Przede wszystkim w tym zespole gramy tak, że każdy z nas jest częścią sekcji rytmicznej lub sekcji dętej. Staramy się nie brzmieć jak inni, ale na pewno jesteśmy pod wpływem klasycznych sekcji dętych takich jak: The JB’s Jamesa Browna albo Tommy McCook, The Scatalities czy Rico Rodriguez. Wiesz: klasyczne połączenie saksofonu, trąbki i puzonu. Może to być wszystko – od prawdziwego, brudnego bluesa po coś bardzo ezoterycznego i melodyjnego, co pasuje na przykład do muzyki techno. Więc dla mnie z perspektywy saksofonu chodzi o to, by grać rzeczy, które po prostu dobrze brzmią. Moim zdaniem wszystko sprowadza się do dźwięku. Wiesz, jeśli potrafisz zagrać bardzo złożone pomysły, to może być to zaskakujące z teoretycznego punktu widzenia. Ale jeśli dźwięk i ton są okropne, to wtedy nic z tego. Natomiast możesz zagrać coś niesamowicie prostego z najpiękniejszym dźwiękiem, a to po prostu zatrzyma ludzi w miejscu. Więc tak, staram się to mieć na uwadze. Wszystko sprowadza się do brzmienia i tonu.

GS: Jak teraz wygląda scena muzyczna Nowej Zelandii? Czy według ciebie są jakieś nowe ciekawe zespoły?

ST: O tak, jest bardzo różnorodne. Wszelkiego rodzaju nowozelandzcy artyści robią różne szalone rzeczy. Powstaje mnóstwo naprawdę dobrej muzyki elektronicznej. Jest perkusista Cory Champion. Ma dwa różne projekty poboczne, jeden o nazwie Clear Path Ensemble, który jest czymś w rodzaju ambientowego jazzowego zespołu elektronicznego. To całkiem fajne. A potem produkuje muzykę bardziej techno pod nazwą Borrowed CS. Więc zdecydowanie robi coś ciekawego. Na drugim końcu skali są dwa zespoły: Mermaids oraz Earth Tongue. I występuje w nich ta sama młoda wokalistka i gitarzystka Gussie Larkin. A jeden z nich to duet, czyli tylko ona i perkusista. To naprawdę świetna noise-punkowa muzyka i jest bardzo wciągająca. Ale z drugiej strony, są też dojrzali artyści jak na przykład piosenkarka Bic Runga, który jest częścią nowozelandzkiej sceny muzycznej od miliona lat (śmiech). Właśnie wydała nową płytę, która jest naprawdę świetna. Wiesz, miała sporą przerwę od nagrywania, ale wróciła z albumem, na którym łączy shoegaze i folk. W Nowej Zelandii jest prężna scena muzyczna i jest trochę trudności z miejscami, gdzie ludzie mogą grać. I jak wszędzie, ludzie wolno kupują bilety. Ale to żyzna kraina, przynajmniej pod względem twórczym.

FAT FREDDY'S DROP:

14.06.2026. Warszawa, Progresja

16.06.2026. Kraków, Studio

Bilety: https://www.livenation.pl/fat-freddy-s-drop-tickets-adp726

Powiązane materiały